Kiedy zainteresuje mnie jakiś temat, mam w zwyczaju odkrywać go na wszelkich możliwych ścieżkach poznawczych. Około 2016 roku z różnych powodów zwróciłem swoje myśli ku I Wojnie Światowej, natychmiast dokonując kwerendy filmowej w tym zakresie. Niezaprzeczalnie to, co najlepsze w kinie wojennym, było inspirowane II Wojną Światową oraz (jeśli nie przede wszystkim) wojną w Wietnamie, co nie oznacza, że wielkowojenna kinematografia jest uboga. Ponadto, gros filmów o Wielkiej Wojnie co do zasady ma określony schemat kompozycyjny, w którym jest miejsce na ukazanie doli walki na froncie, ale również przedstawienie wątku miłosnego. Tym samym wiele z tych filmów, to de facto filmy „pseudowojenne”, czy raczej „melodramaty wojenne”, a przecież w filmie wojennym liczy się przede wszystkim, pardom, „napierdalanie” – to jest jego esencja. Tak zdefiniowane kino wojenne, to także – co do zasady – opowieści drogi, których jedynym spoiwem jest wojna i dola żołnierza. Brak w takich filmach miejsca na wysublimowane fabularne twisty pozwalające utrzymać widza w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Ale zdarzają się wyjątki…
Niżej zamieszczam subiektywny ranking produkcji, które do tej pory obejrzałem, z krótką notką o filmie i jego ocenie. W zamyśle zamierzam stale aktualizować niniejszy wpis.
Uwaga redakcyjna: filmy pogrupowane są począwszy od najwyżej przeze mnie cenionego, po samo kinematograficzne dno (wordpress nie najlepiej radzi sobie z numeracją, a planuję z czasem aktualizować listę o nowe filmy). Ranking uwzględnia także seriale, choć de facto na liście znalazł się tylko jeden taki przypadek. Przy ocenie kierowałem się ilością „wojny” w filmie wojennym, aspektami technicznymi (wybuchy, ilość statystów, i innych elementów niezbędnych dla solidnego widowiska wojennego), głębią i dojrzałością fabuły oraz stopniem, w jaki angażuje widza uwzględniałem także budżet, jakim dysponowali producenci.
1917 (2019 r., USA, Wielka Brytania).
To wielkie szczęście, dostać tak potężny film w momencie, w którym obejrzałem tak dużo filmów wielkowojennych, pomstując na ich wady i trochę nie wierząc, że ktoś po ponad stu latach wróci jeszcze do tego konfliktu z pokaźnym budżetem (100 milionów dolarów czyni z „1917” najdroższy film o Wielkiej Wojnie w dziejach kinematografii), i zrealizuje obraz na miarę moich wysokich oczekiwań. Moja pełna recenzja „1917” dostępna jest pod tym odnośnikiem. (9/10).
Na Zachodzie bez zmian (All Quiet on the Western Front, 1979 r., USA, Wielka Brytania).
Imponująca produkcja telewizyjna, a zarazem nad wyraz niedoceniany film – zebrał niewiele nagród, tak jakby twórcy źle utrafili z premierą – ciężko jednoznacznie ocenić. Jest to oczywiście adaptacja powieści „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a, w dodatku kolejna, ale, w przeciwieństwie do wersji z 1930 roku, twórcy opisywanej odsłony zdecydowanie lepiej podeszli do materiału źródłowego. Usunięto wątki zbędne lub niepotrzebne, przez co film nie jest przesadnie wydłużony. Dodano kilka innych ujęć narracyjnych (pierwsza scena z opisem żołnierzy – bohaterów filmu, wreszcie ostatnia scena, liryczna, ale nie autentyczna), odmiennie poprowadzono niektóre dialogi, ale w żadnym wypadku nie należy postrzegać powyższych działań, jako wady obrazu. W mojej ocenie brakuje jedynie sceny z plakatem młodej dziewczyny, która jest jedną z bardziej przejmujących w literackim pierwowzorze, jak również została świetnie ukazana w filmie z 1930 roku. Jednak w przeciwieństwie do swojego czarno-białego odpowiednika, wersja z 1979 roku jest bardziej oszczędna w słowach, co znacznie podnosi ocenę całego obrazu.
All Quiet on the Western Front jest przesiąknięty wojną od początku do końca; nie ma w nim miejsca na jakiekolwiek wątki miłosne, a jeśli już takowe się pojawiają, są – jak w literackim pierwowzorze – są elementem żołnierskiego życia (frontowe prostytutki). I to pierwsza, ogromna zaleta filmu. Jeżeli idzie o aspekty techniczne, początkowo zżymałem się na naturalnie brązową glebę okopów, czy zieloną trawę. Ale z czasem zrozumiałem, że Wielka Wojna bez tych wszystkich szarych, sepiowanych lub zadymionych filtrów jest bardziej autentyczna, choćby kosztem wizualnego efekciarstwa. Skala i rozmach walk są satysfakcjonujące, niemniej należy zwrócić uwagę, że tak naprawdę mamy do czynienia z jedną, długą bitwą otwierającą film, ale to nie zamyka w tej produkcji wątków czysto batalistycznych. W późniejszej fazie filmu bohaterowie są wielokrotnie bombardowani, także na otwartej przestrzeni miejskiej, zaś widok zrujnowanych kamienic robi duże wrażenie. Brakuje jedynie innych armii (lotnictwa, czołgów), zdarzają się także istotne błędy merytoryczne (wozy powstałe kilkanaście lat po zakończeniu wojny), nie rażą one jednak aż tak bardzo.
Na duży plus zasługuje także scenografia wszelkiej maści miast i budynków okołofrontowych, i aż szkoda, że twórcy z podobną pieczałowitością nie oddali szczegółów okopów, które są poprawne, ale nie zachwycają tak, jak w innych produkcjach. Warto też słowem wspomnieć o Richardzie Thomasie, który odgrywa głównego bohatera, Paula Bäumera; aktor to raczej nieznany, i bez większej kariery, niemniej bardzo przyjemnie ogląda się jego przemianę z żółtodzioba, na doświadczonego żołnierza. Aktor nie przesadza również z emocjami; kryje w sobie żołnierską surowość, która znika w odpowiednich momentach.
Za Zachodzie bez zmian z 1979 roku to kino rzetelne, w którym cały antywojenny aspekt ukazany jest nie poprzez słowa, czy dialogi, lecz zachowania bohaterów. (7,5/10).
Beneath Hill 60 (2010 r., Australia).
Beneath Hill 60 – przykład atrakcyjnego dla postronnego widza kina wojennego, co prawda nie stroniącego od wątku miłosnego (na szczęście jedynie naszkicowanego, nie przeważającego), ale z angażującym motywem przewodnim. Twórcy zastosowali prosty trik wyścigu z czasem i z antagonistą, i wpisali go w mało znany kontekst historyczny, mianowicie działania wojenne australijskich górników (minerów) pod przewodnictwem kapitana Olivera Woodwarda. Całość jest poprawna od strony wizualnej, i nie pozbawiona rozmachu, a jeśli dodamy do tego, że produkcja kosztowała niewiele ponad 8 milionów dolarów australijskich (ok. 22 milionów złotych), zręczność twórców w ukazaniu wiarygodnej i – co równie ważne – opartej na faktach historii jeszcze bardziej urasta w oczach.
Jest to zatem film, który po prostu dobrze się ogląda, i nie wymaga on od nas wybitnej wiedzy o Wielkiej Wojnie, jak również nie zarzuca nas jakąkolwiek retoryką prowadzącą do pokazania, że mamy do czynienia z filmem ambitnym (jest to zaleta, bowiem co do zasady taki zabieg się nie udaje). Ot, prosta historia o człowieku, miejscu i czasie, podana z lekką nutką thrillera, w dodatku nie „kręcąca się” tylko w okopach, ale też… pod nimi. (7,5/10).
Front zachodni 1918 (Westfront 1918, 1930 r., Niemcy).
Najlepszy film o Wielkiej Wojnie stworzony przed II Wojną Światową. Siłą tej produkcji nie jest rozmach, czy zapierające dech w piersiach efekty specjalne (co to, to nie, zresztą widać to po sposobie, w jaki odtworzono w filmie czołg), ale solidnie napisany scenariusz, który nie pozostawia miejsca na sentymenty, tani romans, czy bohaterstwo w amerykańskim stylu. I choć jest to typowy film „szkiełko”, skupiający okopowe losy niemieckich (!) żołnierzy niczym pryzmat światło, nie brak mu złożonego tła społecznego, a to przez ukazanie stanu gospodarczego i moralnego Rzeszy w czasie wojny (np. w formie rozważań bohaterów o tym, że widok okopów i ciągłej śmierci jest lepszy, niż widok głodujących bliskich). Wydaje się, że podobieństwa do „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a są w przypadku tego filmu nieprzypadkowe. (7,5/10).
Na Zachodzie bez zmian (All Quiet on the Western Front, 1930 r., USA).
To nie jest redakcyjny błąd. Mimo iż fabuła Frontu zachodniego 1918 jest w mojej ocenie podoba do powieści Remarque’a, tak pierwsza filmowa adaptacja tej książki nie przypadła mi aż tak do gustu. Nie zrozummy się źle. To dobre widowisko, okraszone świetnymi scenami batalistycznymi (sztywny, szybki ruch kamery wzdłuż atakowanego okopu robi piorunujące wrażenie), jak również obrazami mocno zapadającymi w pamięć, takimi jak ostrzał artyleryjski cmentarza, czy buty Kemmericha zmieniające właściciela wraz z lotem kul. Jest to jednak film, którego cała siła tkwi w literackim pierwowzorze. Co więcej, cały antywojenny wydźwięk książki jest tu wprost wykrzyczany przez aktorów (którzy jakby nie odzwyczaili się jeszcze teatralnej przesady kina niemego), kiedy Front zachodni 1918 jest w swym antywojennym przekazie bardziej naturalny, wręcz behawioralny. Wygląda to tak, jakby Westfront 1918 był wiarusem, na którym te wszystkie wybuchy i emfaza nie robią wrażenia, zaś All Quiet on the Western Front – młodym rekrutem w zadbanym mundurze, padającym przy każdej salwie. Ponadto, w pogoni za jak najwierniejszą adaptacją powieści, Na Zachodzie bez zmian jest w mojej ocenie nieco przydługi, a i tak z tą wiernością nie jest mu tak po drodze. (7,5/10).
Skrzydła (Wings, 1927 r., USA).
Oto przed nami najlepszy film 1927 roku według Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. W dużym skrócie: pierwszy film w historii Oscarów, który został wyróżniony tą nagrodą w najbardziej prestiżowej kategorii. Co prawda nie miałem okazji dokładnie zapoznać się z produkcjami, które Wings pozostawił w polu oscarowej batalii, ale jeżeli ponad 2,5 godzinny niemy (!) film potrafi nie nudzić, jest okraszony wieloma imponującymi scenami walki i świetnymi zdjęciami (ach te powietrzne starcia), absolutnie nie ma co dziwić się filmowcom z Akademii. I choć miano ojca kina wojennego przypadło powstałej dwa lata wcześniej Wielkiej Paradzie, Skrzydła są bez wątpienia ojcem wojennych filmów lotniczych, a w mojej skromnej ocenie, od strony fabuły i montażu, biją na głowę legendarną Wielką Pradę. Film kosztował 2 miliony dolarów (po uwzględnieniu inflacji ok. 29 milionów dolarów), co wydaje się imponującą kwotą jak na tamte czasy, mając na uwadze, że wyżej wzmiankowany Na Zachodzie bez zmian z 1930 roku kosztował 1,2 miliona, zaś King Kong z 1933 roku – niespełna 700 tysięcy „zielonych”, ale i tak daleko Skrzydłom do horrendalnych 4 milionów dolarów za najdroższy niemy film w historii – Ben-Hura z 1925 roku… Aż szkoda, że nie jest nam dane porównać tej produkcji do polskiej Gwieździstej eskadry… (7,5/10).
Ścieżki chwały (Paths of Glory, 1957 r., USA).
Kiedy Kubrick bierze się za Wielką Wojnę, to wiedz, że coś się dzieje. Nie jest to jednak do końca film wojenny, bowiem bliżej mu do dramatu sądowego. Sceny batalistyczne są, a i owszem. Widać w nich rozmach, ale jest ich relatywnie mało. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem proces sądowy dowódcy (w tej roli świetny Kirk Douglas) i to ten wątek dominuje nad resztą. Jednocześnie nie jest to film, który chce opowiedzieć wszystko na siłę, w tym wetknąć nam w oczy i umysły jakiś oklepany wątek miłosny. Fabuła filmu wychodzi ponad to, skupiając się nad taką wartością, jak sprawiedliwość. I jest to bodaj jedyny znany mi film pierwszwojenny, który w tak dojrzały sposób rozkłada ten aspekt na czynniki pierwsze. Jest jednak przy tym pozbawiony większych subtelności, a przez to przybiera formę baśni o idealizmie; baśń zaś, jak to baśń – przeważnie jest zbyt czarno-biała, podobnie jak taśma tego filmu. Niemniej produkcji należy się wysoka pozycja w moim rankingu: za dojrzałą tematykę, brak niepotrzebnych wątków, swoistego rodzaju rzetelność wobec widza, choć nie okraszoną wieloma wybuchami i wystrzałami. Film kosztował około 1 miliona dolarów, z czego jedna trzecia tego budżetu poszła na gażę dla Kirka. (7/10).
Dolina cieni (Deathwatch, 2002 r., Niemcy, Wielka Brytania).
Mam małe wyrzuty sumienia, umieszczając na niniejszej liście film, który gatunkowo jest horrorem. Owszem, można tłumaczyć fabułę tej produkcji w sposób nie dosłowny (bez wątków paranormalnych), czyli jako ukazanie w zawoalowany sposób psychozy trawiącej bohaterów na skutek wojennej traumy, ale nie wiem, czy jestem uprawniony, by iść w swych analizach aż tak daleko. Nie jestem również uprawniony, by oceniać w ramach tego rankingu wszystko, co z okopami związane, np. Wonder Woman (strzelający piorunami Ludendorff!), co to, to nie. W omawianym przypadku Deathwatch broni się najbardziej sugestywnym klimatem okopów w historii kina, jaki widz może doświadczyć. Scenografowie pracujący przy Dolinie cieni spisali się na medal (niech to nawet będzie Żelazny Krzyż pierwszej klasy), a brud, smród i szczury wręcz wylewają się z ekranu. Co ważne, powyższe nie jest tylko epizodem, same zaś okopy są w filmie wręcz spersonifikowane. Stwierdziłem kiedyś, że gdyby Deathwatch straszył tak subtelnie, jak Piknik pod wiszącą skałą, mielibyśmy jeden z najlepszych filmów „wielkowojennych”. A tak ani to doby horror, ani dobry film wojenny. Produkcja kosztowała prawdopodobnie ok. 10 milionów złotych. (7/10).
Zaginiony batalion (The Lost Battalion, 2001 r., Luksemburg, USA).
Drugi film w zestawieniu (po Beneath Hill 60) nawiązujący do prawdziwych wydarzeń, ale pierwszy (w ramach zestawienia), który rozpoczyna rząd tych produkcji, na które patrzę nieco zobojętniałym okiem. Omawiany The Lost Battalion, mimo ciekawej tematyki, cierpi niestety na to, że był zaledwie produkcją telewizyjną, co przełożyło się na jej końcową jakość. Okrojona liczba statystów, a tym samym mniejsza skala poszczególnych scen – to wszystko niestety widać aż zanadto. Niemniej, żeby była jasność – montaż filmu jest przyzwoity i pozytywnie wpływa na odbiór produkcji, przez co nie mamy wrażenia obcowania z tanim polskim serialem czy „Teatrem telewizji”; uświadczymy też wybuchy i kilka bliższych kadrów na nieźle odtworzone machiny wojenne (samoloty, działa). Film broni się jednak przede wszystkim pełną koncentracją na działaniach wojennych, bez wycieczek w stronę ukochanych, ckliwie wyczekujących powrotu swoich chłopców. Tylko szkoda trochę demonicznego ukazania Niemców… (7/10).
Forbidden Ground (2012 r., Australia).
Ojoj… Do dziś mam problem z tym filmem. Z jednej strony otrzymujemy produkcję słabą pod kątem ukazania działań wojennych (aż strach myśleć, co to byłby za film bez solidnego montażu, jaki mu się przytrafił), z dziwnym wątkiem poświęcenia dwójki żołnierzy kosztem utrzymania w tajemnicy jakieś pułapki, której praktyczne zastosowanie i tak wydaje się kiepskie… Sam nie wiem… Z drugiej strony mamy oczywiście rozbudowany wątek miłosny, ale też inny, niż wszystkie, choć w tym akurat wypadku wypada on całkiem… nie wiem, czy mogę użyć wyrazu „pozytywie”? Na pewno nie „pejoratywnie”. Najlepsze w tym filmie jest chyba jego zakończenie, tak inne od tego, do czego przyzwyczaiły nas hollywoodzkie blockbustery. A także to, że film kosztował zaledwie 1 (słownie: jeden) milion dolarów. I teraz wróć do pierwszego zdania, przeczytaj moje narzekania na rozmach filmu, obejrzyj ten film i zadaj sobie pytanie: ilu filmowców byłoby w stanie tak ogarnąć produkcję filmu wojennego, by końcowy efekt nie wyglądał, jak wspomniany wcześniej „Teatr telewizji”? Chyba niewielu. Jeśli, wzorem recenzji sprzętów elektronicznych, miałbym przyznawać ocenę, na którą składa się średnia z ocen „jakości” i „ceny”, ten film byłby na czele niniejszego rankingu. (7/10).
Passchendaele: Trzecia bitwa (Passchendaele, 2008 r., Kanada).
Passchendaele – ta nazwa wybrzmiewa jak spiżowy pomnik, choć w zbiorowej świadomości ginie gdzieś za Verdun czy Sommą. O tym, jak krwawa była to bitwa, jesteśmy na szczęście w stanie się przekonać przez krótki moment opisywanego filmu, kiedy walka dosłownie idzie na noże i pięści (i saperki), wyglądając przy tym naprawdę bardzo efektownie (jeśli pamiętacie jedne z pierwszych kadrów zwiastuna zapowiadającego grę Battlefield 1, na których to jeden żołnierz zdzielił drugiego saperką, to właśnie tak wygląda kulminacyjna scena walki w tym filmie, oczywiście przemnożona przez sporą liczbę statystów). Scena walki generalnie wygląda ok, przynajmniej do czasu „ukrzyżowania” jednego z bohaterów, co stanowi tak nachalną symbolikę, że już raczej nie chce mi się pisać o tym dalej. No dobrze, a jak wygląda pozostałe 4/5 filmu? Cóż, standardowo: otrzymujemy mdławą historię o miłości. Początkowo może się wydawać, że twórcy podeszli do tematu ambitnie, oto bowiem przedstawiają nam mieszkankę Kanady mającej niemieckie pochodzenie („John, oni mnie chyba tu nie lubią, och John, to takie straszne”). Ale to w zasadzie tyle. Szkoda, widać bowiem w tym filmie „piniądz” (budżet w wysokości 20 milionów dolarów!), ale tylko przez chwilę. Cała reszta jest raczej do zapomnienia. (6/10).
Wielka parada (The Big Parade, 1925 r., USA).
Jeden z najsłynniejszych filmów o Wielkiej Wojnie (jak łatwo policzyć, powstały w 7 lat od jej zakończenia), z kilkoma epickimi scenami, sporą ilością statystów, i sporą ilością przegadanych scen. Filmowi daleko do antywojennego wydźwięku (trudno się temu dziwić, skoro na wojnie można poznać miłość życia, w którą wcieliła się zjawiskowa, lecz i nieodżałowana Renée Adorée); bliżej zaś mu do amerykańskiej wersji przygód Dzielnego Wojaka Szwejka, i to chyba jego największy problem, oczywiście poza tym, że jest to film niemy, zatem nie tak sugestywny w grze aktorskiej, jak kino dźwiękowe. Widowisko kosztowało ok. 380 tysięcy dolarów, które pewnie w większości poszły na jedną z końcowych scen bitewnych. (6/10).
Gallipoli (1981 r., Australia).
Gallipoli Petera Weira najlepiej charakteryzuje fraza „mały wielki film”. Sam w sobie, jako kino „okołowojenne”, jest dobry, jednak w ramach samego gatunku – zawodzi. Brak tu spektakularnych scen walk czy kadrów dających nam poczucie obcowania z gigantycznym, historycznym wydarzeniem. Zresztą samych scen walki jest, doprawdy, niewiele. Z drugiej strony czuć w tym filmie historyczną rzetelność i brak przeinaczeń. Oglądasz Gallipoli i myślisz, że tak właśnie mógł – z perspektywy zwykłego żołnierza – wyglądać słynny desant, który zainicjował ponad półroczne walki, prowadzące do śmierci ponad 130 tysięcy żołnierzy. Z pozostałych kwestii, z encyklopedycznego obowiązku: w filmie gra młody Mel Gibsona, końcówka filmu daje do myślenia, zaś całość kosztowała niespełna 3 miliony dolarów australijskich (nie udało mi się niestety porównać tego budżetu do bardziej globalnej waluty z uwagi na inflację). (6/10).
Legiony (2019 r., Polska).
Działania na Froncie Wschodnim nie były nigdy popularnym tematem filmów wielkowojennych. Widać to dobrze na przykładzie opisanych tu Legionów, które historycznie w pierwszej kolejności kojarzą się z działaniami narodowyzwoleńczymi Polaków, niż nie dużą Austro-węgierską formacją wojskową walczącą z armią cesarskiej Rosji; zresztą pokazana w filmie historyczne szarża pod Rokitną miała z perspektywy wojennej znacznie jedynie symboliczne, i jedynie (również ukazana w Legionach) Bitwa pod Kostiuchnówką, była poważniejszym starciem Legionów Polskich. Nie zmienia to jednak faktu, że historycznie mamy do czynienia z filmem o Wielkiej Wojnie.
Sceny batalistyczne i walki wyglądają solidnie (a w skali filmu polskiego wręcz wybitnie), i nie jest ich aż tak mało. Dobrze wypadają również wszystkie sceny i dialogi opisujące żołnierskie życie i dryl (w tym te z udziałem „Króla”). Cieniem na film rzuca się jednak wątek miłosny, który jest jego główną osią (choć trzeba zauważyć, że wątek ten nie dzieje się gdzieś daleko za frontem, lecz w jego centrum). Miłosne perypetie bohaterów nie są w mojej ocenie złe, ale to fabularna kalka pewnych innych rozwiązań (że ośmielę się pomyśleć o Pearl Harbor), ponadto wiele scen ukazujących uczuciowe relacje bohaterów jest nieprzyjemnie przeciągniętych. Tym samym, jeśli miałbym oceniać Legiony, jako melodramat, ich ocena byłaby relatywnie wysoka (film po prostu mi się podoba). Ale jako gatunkowy film wojenny – pomimo wielu, naprawdę wielu zalet – Legiony nie są wybitne, ponieważ w ukazanej przez nie niewielkiej, „polsko”-rosyjskiej wojnie w ramach Wielkiej Wojny – jest mało samej wojny. Ale za to jest solidnie pokazana. (6/10).
Okop (The Trench, 1999 r., Wielka Brytania, Francja).
Okop jest obecnie kojarzy głównie dlatego, że grał w nim przyszły James Bond, czyli Daniel Craig, a przecież gra tam jeszcze inny elegant, znany z Incepcji czy Peaky Blinders Cillian Murphy (warto podkreślić, że za postacią graną przez niego w Peaky Blinders ciągnie się przez wiele odcinków wojenna trauma, co ciekawe, związana z walkami pod ziemią). Mimo (jak się miało w przyszłości okazać) doborowej obsady, i bez wątpienie niezłych ról także innych aktorów, Okop nie zachwyca, jako film wojenny, lecz jest dobrym studium szeroko rozumianego „oblężenia”, czy „zamknięcia” (i w tym ujęciu zasługuje na wyższą ocenę, niż wskazana niżej). Jacek Braciak powiedział ongiś w jednym z wywiadów, streszczając, jak wygląda polskie kino wojenne, że nie dominują w nim wybuchy czy walka, lecz to, co dzieje się pomiędzy, jednak z jakąś durną domieszką intelektualnej głębi („czuję się wyalienowany przez Niemców”). W Okopie owej intelektualnej głębi nie ma na szczęście aż tak dużo, a rozszarpane członki kamratów wyglądają nawet przekonująco, niemniej sam film jest przyzwoity tylko do momentu, w którym żołnierze nie wychodzą z tytułowego okopu. No i klimat. Wystarczyłoby fabułę Okopu „wstawić” w scenografię i estetykę Deathwatch – wtedy mógłbym z czystym sumieniem nie umieszczać wyżej wzmiankowanego horroru na tej liście. (5/10).
Boże Narodzenie (Joyeux Noël, 2005 r., Belgia, Francja, Niemcy, Rumunia, Wielka Brytania).
Podejdźmy do tematu uczciwie – to nie jest film wojenny, a dramat, którego akcja rozgrywa się w czasie Wielkiej Wojny. Nie sposób jednak pominąć ten film, bo nie dość, że dotyczy ikonicznego wręcz dla tego konfliktu zdarzenia, to jeszcze niezwykle autentycznie ukazuje okopowe życie. Nie można też przemilczeć tego, jak się zaczyna (scena z angielskim, francuskim i niemieckie dzieckiem, które recytuje frazy o wielkości swojego narodu). I w zasadzie to tyle. Ongiś wystawiłem temu filmowi 8/10 (określając, że jest to film na ocenę 7,5), ale w niniejszym zestawieniu, koncertującym się przede wszystkim na filmach wojennych, a nie filmach per se, ocena musi być niższa. Film podobno kosztował aż 22 miliony dolarów, ale nie wiem, w czym i gdzie utopiono te środki. Niemniej warto go obejrzeć w przerwach od bardziej krwawych produkcji. (5/10).
Czas wojny (War Horse, 2011 r., USA).
Kiedy oglądasz Czas wojny, i widzisz, z jakim rozmachem został zrealizowany (66 milionów dolarów plasuje go na pierwszym miejscu najdroższych filmów o Wielkiej Wojnie), jak fajnie pokazano okopy, szturm, atak gazowy, jeszcze raz okopy, czołgi, szarżę kawaleryjską… Ale wiesz, że to jest film o… Koniu. O przywiązaniu człowieka do konia. I jeszcze raz – że to jest film o koniu, to robi się zwyczajnie smutno nad zmarnowanym potencjałem. Rozumiem, że gdyby to był film adresowany do młodszego widza, taka perspektywa fabularna byłaby jak bardziej à propos. A tak otrzymujemy imponująco zrealizowaną słodkawą opowieść o życiu konia i towarzyszących mu ludzi. Jasne, można traktować ten film jako hołd dla wszystkich zwierząt, które padły ofiarą Wielkiej Wojny – przy takim ujęciu jestem w stanie przeboleć to, że twórcy – posiadając taki potencjał produkcyjny – nie zdecydowali się wykorzystać go na rzecz bardziej dojrzałej fabuły. Dla porządku, film wyreżyserował Steven Spielberg, za zdjęcia odpowiadał Janusz Kamiński, muzykę skomponował John Williams, zaś dystrybutorem – co zdaje się tłumaczyć i rozmach, i tematykę – był Walt Disney (5/10).
Flyboys – bohaterska eskadra (Flyboys, 2006 r., USA, Wielka Brytania).
Jest w tym filmie jedna świetna wizualnie scena, w której główni bohaterowie biegną przez ziemię niczyja do rannego kolegi. Patrząc przez jej pryzmat, to mógł być dobry film wojenny, no ale wiadomo, że jak fabuła ma pomieścić i miłość, i wojnę, i przyjaźń, i szacunek dla zwierząt, dialogi są oklepane, aktorzy o wypucowanych twarzach dumnie wypinają swą bohaterską pierś, a główną tematyką są walki powietrze – zrealizowane może efektownie, ale w jakimś stopniu trącące estetyką gier komputerowych – to po prostu całościowo nie mogło zagrać. Już nie wspominam o wątku miłosnym, słabym jak Francja w 1940-stym.
Żebyśmy mieli jasność – film nie jest zły w swej sztuczności, epatowaniu miłością do kobiet samotnie wychowujących dzieci oraz krytyce rasizmu. Jest nawet oparty na faktach (może ze trzech-czterech). Jednak całościowo wygląda tak, jakby ktoś wpadł na pomysł, że zrobi Pearl Harbor, tylko w klimatach Wielkiej Wojny. Nie, nie wyszło. Za 60 milionów dolarów nie wyszło. Dobre pozostają oczywiście kwestie techniczne: zdjęcia i montaż; gorzej wypadają efekty specjalne i nijaka muzyka. Na wzmiankę zasługuje także główny szwarccharakter – strzelający laserami z oczu Erich Ludendorff „Czarny Sokół” – bo jako jedyny skupił się na walce, a nie opiece nad samotnymi, młodymi matkami. (5/10).
Bardzo długie zaręczyny (Un Long dimanche de fiançailles, 2004 r., Francja, USA).
Wyobraźcie sobie miks Amelii z filmem o Wielkiej Wojnie… W zasadzie nie musicie sobie nic imaginować, wystarczy obejrzeć Bardzo długie zaręczyny, by zobaczyć ucieleśnienie tego wyobrażenia. To kolejny przykład filmu, w którym wojna jest tylko tłem, ale za to w tym przypadku owo tło wypada naprawdę rewelacyjnie: francuskie okopy są mokre, szare, bure i ponure, pełne zgnilizny i butwiejących resztek drewna. A kiedy już żołnierze wychodzą z tych przybytków, robią to sporą chmarą i w szarży godnej najlepszych filmów wojennych; widać jak na dłoni, że ponad 51 milionów dolarów nie poszło na marne. Niestety, wojny w tym filmie jakieś 15% (znacznie mniej, niż w Legionach, ale też i Passchendaele), reszta, to historia o puszkowaniu ukochanego (a poszukującą postać odgrywana przez zjawiskową Audrey Tautou). To sprawia, że film, choć całościowo jest zjadliwy, nie mieści się w ramach kina gatunkowego. Szkoda. (5/10).
Lawrence z Arabii (Lawrence of Arabia, 1962 r., Wielka Brytania).
Lawrence z Arabii, czyli przeszło trzy i pół godzinne biograficzno-wojenne monstrum, które kosztowało 15 milionów dolarów (jeżeli dobrze wyliczyłem wpływ inflacji, dałoby nam to obecnie niespełna 200 milionów dolarów). Tak długi czas filmu potrafi skutecznie zniechęcić do seansu, jak również wydatnie utrudnia samo oglądanie, zwłaszcza, że nie mamy do czynienia z produkcją wciągającą jak reżyserskie wydanie Lord of the Rings. Lawrence z Arabii jest zarazem filmem niezwykle rzetelnym jeśli idzie o oddanie faktów oraz atmosfery starć wojennych na Bliskim Wschodzie, które, choć stanowiły niewielki epizod Wielkiej Wojny, wydatnie przyczyniły się do nadania jej miana wojny „światowej”. Jeśli już wspomniałem o starciach, nie są one imponujące z prostej przyczyny – nie mogły takimi być. Szturmowanie miasta przez koczowniczych, plemiennych wojowników, czy ataki na składy pociągów, to esencja tej produkcji, wprost inspirowania prawdziwymi wydarzeniami, zaś wszystko to uwiecznione na fenomenalnych zdjęciach Freddiego Younga (absolutnie zasłużony Oscar w tej kategorii). Jest to jednak przede wszystkim film biograficzny, którego wojenne tło naprawdę nie kojarzy nam się z wojną. A nadto jest stanowczo zbyt długi. Jak już sugerowałem przy innych mini-recenzjach, ocena w nawiasie postawiona jest przez pryzmat gatunku kina wojennego, nie zaś całego filmu per se. (5/10).
Dzwony wojny (The Passing Bells, 2014 r., Wielka Brytania, Polska).
No i doczekaliśmy się pierwszego serialu na liście, w dodatku w dość egzotycznej (mając na uwadze tematykę) koprodukcji telewizyjnej, który zlepiony w całość dałby nam ponad dwu i pół godzinny film. Serial tak biedny, że nie starczyło na sztuczną krew, a co dopiero na pełne rozmachu sceny („Niemcy mnie alienują”). Ale pal już licho realizację, może fabuła jest lepsza? Nie. Fabuła to słaba kalka motywów przebrzmiałych w innych filmach. Są zatem młodzi, nagrzani na wojnę chłopcy, którzy potem uświadamiają sobie jej bezsens, jest ukochana czekająca gdzieś w bezpiecznych pieleszach, są wiadra… Jakie tam wiadra, wanny pełne nostalgii, aż robi się niedobrze… Nie bądźmy aż tak krytyczni. Serial ma dwie zalety: 1) był tani jego akcja dzieje się zarówno po stronie niemieckiej, jak i angielskiej, jak również 2) ma miejsce przez krótką chwilę na Froncie Wschodnim, co jest miłym akcentem, mając na uwadze, że ten teatr działań militarnych Wielkiej Wojny jest przeważnie w tego typu produkcjach pomijany. (3/10).
Naturalnie, powyższa lista nie wyczerpuje wszystkich najważniejszych filmów o Wielkiej Wojnie. W kolejce do obejrzenia czekają mnie takie tytuły, jak: Pożegnanie z bronią (wersja z 1932 i 1957 roku), La Grande guerra z 1959 roku, Towarzysze broni czy kilka nowszych produkcji, takich jak Mój syn Jack czy Kres Drogi.























































































