„Arcymistrzowie” – Stefana Gawlikowskiego (2016) i „Gambit orangutana” – Kaspera Bajona (2022) | Wrażenia

Książki Sacrum i Profanum

Na wstępie chciałbym oddać to, czego nie mógł wyrazić nagłówek w swych technicznych ograniczeniach, mianowicie, pełnych tytułów książek, o których chcę Wam dziś co nieco opowiedzieć. Każda bowiem z nich została okraszona dodatkowym opisem, jakby z woli wydawcy, by zainteresować czytelnika, a priori wyznając mu treść. „Arcymistrzowie. Złota era polskich szachów” Stefana Gawlikowskiego oraz „Gambit orangutana. Opowieść o polskich szachach” mają podobne podtytuły, które nieco wodzą na manowce; nieco, bowiem żadne z nich nie jest kłamstwem. Jednakże treść znacznie wykracza ponad nie, stanowiąc opowieść o miejscach, czasach, ludziach, a przede wszystkim – co szczególnie urzeka – dotyka życia także samych autorów, nie bojących się pisać o swoich przodkach.

I mimo że obaj autorzy nie stawiają ich wprost obok wielkich tuzów szachowego świadka, ich obecność na kartach każdej z książek w przedziwny sposób zbliża czytelnika – poprzez autora i dalej, jego przodka – do odległego, niemal już zapomnianego świata, w sposób wolny od encyklopedycznej surowości, a pełen tego, co dla opisu historii i faktów bywa nieuchwytne, to znaczy: emocji, życia i niewyrażonych myśli.

Powyższe szczególnie uwidocznione jest w „Gambicie orangutana”, w którym Bajon z pasją dobrego prozaika wprowadza na scenę osoby i miejsca, przewrotnie łącząc nigdy nie zaistniałe zdarzenia, rozmowy czy spotkania. Można pomyśleć, że igra tym samym z ogniem, ale finalnie nie czuć swędu przypalonej skóry czy włosów, znaczy, autor nie sparzył się, być może dzięki temu, że mimo wszystko subtelnie, gdzieś na boku, zaznaczał: te wszystkie hipotetyczne połączenia, spotkania i zdarzenia są tylko moim życzeniem, moją wyobraźnią, dzieją się niejako ceteris paribus.

U Gawlikowskiego opowieść jest nieco bardziej linearna – idzie równolegle dwiema liniami, chronologią szachowych olimpiad i siłą graczy biorących w nich udział. Poprzez zapisane na uboczu wzmianki o postaciach z szachowego świata, dopowiada kontekst, nie wzburzając nurtu opowieści. Nie chcę używać tu słowa „wstęp”, bo jest dyskredytujący i nieadekwatny, ale jeśli miałbym radzić, czy zacząć lekturę od „Arcymistrzów” czy od „Gambitu…”, wskazałbym na książkę Gawlikowskiego, jako bardziej poznawczą i faktologiczną, by następnie odnaleźć w opowieści Bajona szereg kontekstów, nawiązań i rozważań o tym, czym są szachy i czym były dla opisanych przez niego bohaterów.

Być może takie podejście pozwoliło Bajonowi swobodniej podejść do tematu i, przykładowo, odnieść się do szachowych odwołań w literaturze, eseistyce czy historii – bo o historii szachów, w tym o przewrotnych paralelach w nazewnictwie bierek więcej dowiemy się u Bajona. Jest to jednak niczym muśnięcie, krótki, zręczny, niekiedy osadzony na głębszej myśli wpis, który nie wyczerpuje tematu, ale daje podstawy do jego dalszego zgłębienia. W tym kontekście książka Gawlikowskiego zdaje się być bardziej wyczerpująca, choć koncentruje się przede wszystkim na samych postaciach, nie zaś miejscach i czasie. Zdecydowanie więcej przeczytamy w niej o Tartakowerze, Najdorfie, Przepiórce i innych dzieciach bogini szachów, Caissy.

W obu książkach tyleż samo miejsca – i co ważne, w sposób nie powielający treści – poświęcono tej jednej, gigantycznej postaci, tej szachowej wieży monumentalnie definiującej latami frazę „polskie szachy”. Co znamienne, łączy ona obie książki także okładką. Akiwa Rubinstein, bo o nim mowa, u Gawlikowskiego patrzy się w obiektyw, pochylony nad szachownicą. Wydaje się, że pozuje, ale to nie byłoby w jego stylu albo, by pójść krok dalej – wbrew jego naturze lub… Wbrew jego chorobie. Ale w czasach uwiecznienia go na fotografii jest jeszcze od tej choroby wolny, choć niewolny już od chronicznego i nieustannego myślenia o szachach. Czy zatem patrzy się na nas Rubinstein świadomie, czy nieobecny, kalkulując w myśli warianty i motywy wynikające z tkwiącej przed nim szachownicy? Na okładce „Gambitu orangutana” Rubinstein jest już w pełni poświęcony partii, którą rozgrywa z mistrzem świata, Emmanuelem Laskerem.

Był zresztą Rubinstein nielicznym z polskich graczy, który wygrał w partii klasycznej (tj. rozgrywanej na dystansie czasowym mierzonym w godzinach) z urzędującym mistrzem świata. Piszę „polskim graczem” ze swadą, choć opowieść o narodowościach to także lwia część obu książek, w obu poprowadzona bez uprzedzeń i skrajnych osądów, słowem – uczciwie.

Będąc amatorem, bardziej pochłoniętym szachami jako przedmiotem i zjawiskiem, aniżeli grą i jej tajnikami (jakby onieśmielony tym, że – by sparafrazować Bajona – przynoszą małe tryumfy i wielkie frustracje) cieszę się z wielu rzeczy, jakie w ostatnich latach miały miejsce w szachowym świadku; cieszę się z popularności gry, której dopomogła rzecz bez mała zła – pandemia, oraz bez mała nieszablonowa, czyli serial „Gambit królowej”; ekscytują mnie poczynania Jana Krzysztofa-Dudy, pierwszego arcymistrza od wielu, wielu lat, który zbliżył się do światowej czołówki i jest w stanie rywalizować z największymi jak równy z równym. Cieszę się także z opisanych tu publikacji, tym bardziej, że są naprawdę dobrze napisane.


Stefan Gawlikowski, „Arcymistrzowie. Złota era polskich szachów”, wydawnictwo The Facto, Warszawa 2016 | Kasper Bajon, „Gambit orangutana. Opowieść o polskich szachach„, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022.

Może przeczytasz coś jeszcze?