Patrzę na „Niezwyciężonego” z pewnym zdziwieniem, bo oto ledwie przed chwilą ściągnąłem go z półki, a już ponownie się na niej kurzy. Dawno nie przeczytałem żadnej powieści w trzy wieczory, uwzględniwszy nawet relatywnie skromną (ale wystarczającą!) objętość „Niezwyciężonego”; muszę przyznać jednak szczerze, że początkowe czterdzieści stron nie zapowiadało tego, że książka ta wciągnie mnie niczym piaski Regis III, planety, na jakiej dzieje się jej akcja.
I gdzieś tam w tyle głowy widzę cały czas duże podobieństwo z „Solaris”; tak, „Solaris” jest bez mała trudniejsza, choć też oparta na tajemnicy, lecz owa stanowi kanwę dla głębszych, filozoficznych rozważań; „Solaris” jest też bardziej „intymna”, bez całego spektrum bohaterów, wybuchów, superkomputerów i maszyn; a jednak obie historie dotyczą obcowania człowieka z planetą, obie dotykają tego, jak bardzo coś obcego może destruktywnie na niego wpływać, obie są zwarte, konkretne i nieprzegadane, tyle że jedna jest whisky torfową, o ciężkim dymnym zapachu, a druga whisky zbożową, słodszą, lżejszą w picu choć wcale nie lżejszą w woltażu. Obie teraz ustawiają mi się w pewną parę okraszoną odmiennymi, pastelowymi kolorami, tak inne, a zarazem takie same, dwie wybitne powieści scenice fiction.
Jeśli jednak w „Solaris” jest dużo filozoficznego powabu, o tyle w „Niezwyciężonym” jest to powab na poły teologiczny; już tłumaczę – „Niezwyciężony” odwołuje do mitu, do legendy, przywołując historię prastarej rasy, która – być może – próbowała kiedyś osiedlić planetę Regis III; czytając „Niezwyciężonego”, powoli odkrywamy te mity, choć nigdy do końca – są niczym skalne malowidła, zbyt przeżarte czasem i ubogie w artystycznym kunszcie, by czytać z nich całą historię. Jest to coś ożywczego w twórczości Lema (przynajmniej tej, z którą do tej pory się zapoznałem), choć nie można pominąć wybranych opowiadań z Ijonem Tichym w roli głównej. O ile jednak odpowiadania te przedstawiają całość w miarę syntetycznie i w sposób skończony, w „Niezwyciężonym” mamy niedopowiedzenia. Bo nawet jeśli biologowie, chemicy, cybernetycy i cała naukowa załoga „Niezwyciężonego” jest w stanie zaproponować teorie i modele, które dużo nam o Regis IIII mówią, gdzieś na końcu zawsze pozostaje pytajnik.
I na ten świat zapomnianych ras i maszyn nałożona jest cała koncepcja ewolucji, nie tej znanej nam dzięki Darwinowi, choć kontekstowo na niej oparta. Po raz kolejny Lem porusza problem kontaktu z obcym i po raz kolejny czyni to w sposób niebanalny, ale zarazem jasny we wnioskach; nie ma tu grama przeintelektualizowania, warunki gry są jasne, a ich wynik – bolesny. Pytanie może być tylko o to, jaka jest geneza porażki.
A ta kroczy za bohaterami powieści krok w krok, więc tak znamienny jest tytuł ostatniego rozdziału, będący zarazem tytułem samej książki, ale odrywając się od powiązania z nazwą krążownika; niemal cała powieść poświęcona jest maszynom, tymczasem Lem na samym końcu pochyla się nad człowiekiem, streszczając jego płytkie motywacje, podszyte tyleż ciekawością, co szaleństwem; czy można je przezwyciężyć? Czy to one przezwyciężają człowieka? Kto w tej odwiecznej rywalizacji jest niezwyciężonym?
A wszystko to napisane żywym stylem, wspierającym wyobraźnię czytelnika tak dalece, że ten przewraca strony nie pomny czasu, warunków, pory dnia. To domena wielkiej literatury, i choć jej przedstawicielowi zdarzają się gorsze momenty (po prawdzie, te same gorsze momenty są w „Solaris”) to jest to tylko kwestia chwili, drobiny piasku, które wpadły w naoliwioną zębatkę, ale które ta zmiażdżyła, kręcąc się dalej i wkręcają w swoje tryby naszą ciekawość.
Stanisław Lem, „Niezwyciężony”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.
Autor grafiki ilustrującej wpis: Alex Andreev.



