„Milcząca gwiazda” była pierwszym polskim filmem scenice-fiction nakręconym z rozmachem godnym przymiotnika „superprodukcja”, w szczególności patrząc na lata powstania obrazu (1959, choć niektóre źródła wskazują 1960). Nie jest to jednak stricte polska (czy raczej PRLowska) produkcja, lecz koprodukcja z NRD, i to ze znaczącym udziałem naszych zachodnich sąsiadów.
I chyba naszym największym wkładem w to dzieło jest jego sama podstawa, czyli debiutancka powieść Stanisława Lema, „Astronauci”; „Milcząca gwiazda”, to całkiem wierna adaptacja tej książki, „całkiem”, ponieważ z uwagi na ograniczenia w czasie trwania filmu (w stosunku do objętości literackiego pierwowzoru), scenarzyści dosyć mocno „pocięli” historię podaną w książce, zachowując zarazem wszystkie istotne jej elementy; odniosłem wrażenie, że twórcy pozbierali z niemal każdego rozdziału „Astronautów” kluczowe motywy i połączyli je na nowo, kondensując tempo opowieści, ale przez to zmieniając także niektórych bohaterów. Tym sposobem, nadal śledzimy poczynania ośmiu śmiałków zmierzających po raz pierwszy w dziejach ludzkości na inną planetę (Wenus), ale z „żelaznych” postaci z powieści pozostali jedynie Arseniew i Sołtyk; Lao Czu został zastąpiony niejakim Hua-Ta Tangiem, profesor Czandrasekar zaś profesorem Sikarną; wprowadzono także postać kobiecą (doktor Sumiko Ogimura), której brakuje na kartach powieści Lema (co jest zresztą symptomatyczne dla całej jego twórczości, ze specyficznym wyjątkiem w postaci „Solaris”); największą zmianą w filmowej adaptacji było jednak całkowite pozbycie się postaci narratora, Roberta Smitha, i „rozdzielenie” jego postaci pomiędzy aktorów odgrywających dwie inne: niejakiego Rajmunda Brinkmanna, zakochanego w dr Ogimura (tak, mamy aż nazbyt widoczny, choć nie naprzykrzający się wątek miłosny), oraz Tulue, merykańskiego technika telewizyjnego.


W mojej ocenie powyższe zabiegi nie wpływają na odbiór całości, bo, jakkolwiek, książka wypada lepiej na tle filmu, można powiedzieć, że oba dzieła w pewien sposób są siebie warte, co nie stanowi ani pochwały, ani krytyki. Zarówno bowiem w powieści, jak i w filmie, pojawiają się wątki sławiące socjalizm, mimo iż realia roku 1959, jak się zdaje, dawały twórcom nieco więcej swobody odnośnie tego typu treści; w przypadku „Milczącej gwiazdy” było jednak inaczej, z tego powodu, że rok 1959, to już czas wyścigu kosmicznego pomiędzy USA a ZSRR, więc każdy przejaw wyższości technicznej, ideologicznej i naukowej pomiędzy jednym a drugim krajem był akcentowany w popkulturze, w tym w bohaterze niniejszej recenzji. Zresztą, w przypadku scenariusza „Milczącej Gwiazdy” powyższy wątek jest szczególnie podkreślony sceną swoistej „ucieczki” amerykańskiego naukowca do ZSRR w celu wzięcia udziału w locie na Wenus, kiedy taka scena, ani bohater owej ucieczki, nigdy nie zaistnieli na kartach powieści Lema.
Wspólnym mianownikiem między filmem a powieścią jest także budowanie napięcia – te czynniki, które tworzyły owo napięcie w powieści, zostały bardzo dobrze przeniesione na taśmę filmowa, nie jest to jednak zaletą o tyle, o ile uświadomimy sobie, że tych czynników nie było wiele, i nie były one spektakularne. Generalnie, „Astronauci” to nie jest spektakularna „space opera” pełna przygód i szalonych zdarzeń, lecz półwytrawna opowieść z gorzkim finiszem, który w filmie został przedstawiony z jeszcze większym tragizmem. Nie jest to więc kino, które porywa i wciąga, a bardziej „oglądacz”, w którym przerwa w seansie nie wybija widza z rytmu opowieści. Być może to wina znajomości z mojej strony materiału źródłowego, ale z drugiej strony widziałem wiele adaptacji wcześniej przeczytanych książek, które zdecydowanie mocniej przykuwały do ekranu, budując stale napięcie.


Tym bardziej uderza rozmach (tak, rozmach) w efektach specjalnych, strojach i scenografii. „Milcząca gwiazda” jest wizualnie przepięknym widowiskiem, jeśli oczywiście uwzględnimy dwie okoliczności: 1) rok jej produkcji, oraz 2) estetykę filmów s-f tamtych lat, przaśną, tandetną, daleką od standardów, jakie wyznaczyła „2001: Odyseja Kosmiczna” Kubricka. Widzimy więc rakietę kosmiczną, której wnętrze jest miksem sterowni pociągów na stacji kolejowej z łodzią podwodną, pełną pneumatycznej aparatury, widzimy stroje astronautów, jakby zrobione z aluminiowych kołnierzy i rur zaczepionych nad okapami w kuchni, widzimy sterylnie metalowe pojazdy i urządzenia, bez ani jednej skazy, a zarazem umieszczone w nich rzeczy codziennego użytku, tak pospolite i wybitnie nie „kosmiczne”, jak kołdry, kombinerki, szachy, czy normalne ubrania (swetry, sukienki).
Ale już sposób ukazania księżyca, kosmosu, wreszcie samej Wenus, robi ogromne wrażenie, podobnie jak bezwładność członków załogi w skutek braku grawitacji w kosmosie, która musiała być realizacyjnym wyzwaniem do tego stopnia, że trwa zaledwie przez chwilę, ale i tak wywołuje efekt wow (tu warto zaznaczyć, że i ten motyw nie występuje w powieści, w której problem grawitacji Lem wyjaśnia, zanim jeszcze statek ekspedycyjny o nazwie Kosmokrator wzbija się w kosmos). Wracając do Wenus, jest to kolejny element, który w mojej ocenie został doskonale przełożony z literackiego pierwowzoru, w szczególności mając na uwadze, że akurat opis planety i jej obiektów wymaga skupienia, dla wyobrażenia tegoż. Reasumując, dzieło rodem z PRL i NRD niczym nie ustępuje produkcjom zachodnim, by wskazać np. na takie filmy, jak „Kierunek Księżyc” z 1950 roku, czy „Zakazaną planetę” z 1956 roku.
Jeśli idzie o muzykę, jest ona dziełem swojej epoki, symfoniczna, z dużym natężeniem smyczków i trąb, ale już z udziałem instrumentów elektronicznych (jak czytamy w napisach początkowych, „nagrania muzyki elektronowej dokonano w studiu eksperymentalnym polskiego radia”). Niczym się nie wyróżnia, umiejętnie współgrając z wizją.
Jeśli zaś idzie o aktorów, nie sposób wyróżnić tu żadnej postaci, choć na pewno można wskazać na role zagrane poniżej pewnego solidnego poziomu, jak na przykład rola doktor Sumiko Ogimura, czy wręcz groteskowa rola Tului. Jest to efektem, niestety, także i tego, że same postaci są rozpisane raczej płasko, i albo wtłacza się w ich usta tandetne frazy, albo każe recytować naukowe formułki.


Kwestie dźwięku i aktorów łączy niestety w pewien partykularny sposób jedno – polski dubbing produkcji. Dawno, naprawdę dawno nie słyszałem tak tragicznie wykonanego dubbingu (no chyba że w spolszczonych przez Rosjan i Ukraińców grach komputerowych), w którym podłożony głos brzmi sztucznie, nie pasując do aktualnych emocji bohatera, pomijając już absurdy pokroju wypowiadania przez czarnoskórego bohatera (Tului) fraz z charakterystycznym przegłosem „l” miast „ł”. Dubbing ten psuje odbiór filmu do tego stopnia, że ma się wrażenie obcowania z kinem Eda Wooda, a nie produkcją o ambitnym scenariuszu, w którym nie ma miejsca na latające na żyłce talerze i zielone ludziki z wyłupiastymi oczyma. W tym ujęciu analogiczny zabieg zrobiony z filmem przez Amerykanów (którzy dystrybuowali go w swoich kinach pod wieloma tytułami, m.in. „First spaceship on Venus”), wypadł o niebo lepiej, co można sprawdzić samemu dzięki społeczności YouTube. Zresztą, oglądając wersję na rynek amerykański, odnosi się wrażenie, że film powstał właśnie w USA, co niech stanowi kolejny argument przemawiający za jego audio-wizualną jakością.
Podsumowując, „Milcząca gwiazda” była w czasach, w których powstała, filmem ciekawym, pełnym rozmachu i prezentującym wizję przyszłości, która mogła fascynować. Obecnie jest jednak wyłącznie ciekawostką, z którą wielokrotne obcowanie świadczy raczej o chorobie widza, aniżeli posiadaniu przez niego dobrego gustu. Ale nawet jako ciekawostka, sprawdza się całkiem nieźle, i aż chciałoby zobaczyć taki film w jakości HD i z oryginalnymi głosami.



