„Limbo” (2010) | Recenzja

Gry wideo Sacrum i Profanum

„Limbo” powstało w okresie, w którym rynkiem gier targała moda na „indie”, gry „niezależne”, będące dobrą odskocznią od coraz bardziej schematycznych i powtarzalnych gier AAA. Była to zatem jedna z tych małych produkcji współtworząca ów nurt, który potem tak bardzo przybrał na intensywności, że aż stał się nieprzyjemnym potokiem brei o różnej konsystencji. I choć wielu twórców starało się później naśladować stylistykę „Limbo”, nikomu nie udało się nawet zbliżyć do pierwowzoru (stąd to trywialne obrazowanie powyżej). Tak, po 10 latach od premiery „Limbo”, latach, w których rynek gier zmienił się nie do poznania, otwierając się, obok gier „indie”, na prototypy produkcji w „early access”, półprodukty wymagające wręcz zakupu dodatków typu DLC, darmowe produkcje AAA z mikro-transakcjami, nowe generacje konsol i nową generację grafiki, „Limbo” ciągle jest znakomite i ciągle zachwyca swoją mroczną atmosferą i tajemniczością. I wcale nie potrzebuje wersji remaster lub innej „HD”.

„Limbo”, to krótka opowieść. Starczy na cztery godziny, a zaprawieni w boju potrafią ją ukończyć w godzinę. Można dozować ją sobie krótkimi, półgodzinnymi etapami, lub poświecić całe popołudnie; nie ma w sobie żadnej frustrującej mechaniki, a wszelkie zagadki środowiskowe, jeśli tylko się pojawią, można w miarę łatwo rozwiązać (ewentualnie w dwóch-trzech newralgicznych momentach zajrzeć na youtube i zobaczyć, jak przejść daną przeszkodę). Chciałoby się rzec: zero zmartwień, zero potrzeb, żadnych wrogów. Z jednym „ale”: żeby rozwiązań wspomniane wyżej zagadki, trzeba najpierw zginąć.

W trakcie rozgrywki z nikim nie walczymy, a jedynie różnymi mniej lub bardziej zmyślnymi sztuczkami staramy się wroga ominąć lub unieszkodliwić. Trafniejsze jest jednak wskazanie, że w „Limbo” wrogiem jest całe środowisko, które przemierza nasz mały bohater – ukazane wyłącznie w bieli i czerni, niczym niemy film, niebezpieczne na każdym kroku i nieprzejednane, a czasami wręcz straszne – myślę, że każdemu grającemu zapadł w pamięć wnyk pojawiający się tuż po rozpoczęciu rozgrywki, albo potężny pająk wyłaniający się zza brzegu ekranu. Ten wnyk już na samym początku daje nam jasny przekaz: „uważaj na każdy krok. Nawet niepozorne przeszkody mogą cię zabić”. Ale one i tak zabijają, gdyż są zmyślnie ukryte lub natrafiamy na nie wskutek naszych nieprzemyślanych zachowań.

Śmierć czyha tu może nie na każdym kroku, jak w „Super Meat Boy”, ale co kilka kroków. Śmierć cicha, mało spektakularna, czasami groteskowa. Za pierwszym, drugim razem jest w tym coś smutnego i zarazem chwytającego za serce; oto bowiem widzimy, jak nasz bohater, mały chłopiec, powoli zamyka swoje białe oczy, gasnąc nabity na drewniane pale. Z czasem nagła i niespodziewana śmierć nie ma już w sobie takich przygnębiających emocji, wręcz przeciwnie, potrafi wzbudzić śmiech, tak jak robi to wspomniany wyżej „Super Meat Boy”. W żadnym razie nie wpływa to jednak na odbiór gry i atmosferę, która się z niej dobywa, a jedynie przypomina nam, że to gatunkowa platformówka nastawiona na rozrywkę. Granica nie zostaje przekroczona, a pastisz nie jest osiągnięty.

W „Limbo” nie ma wciągającej opowieści czy fabuły; ot, wkraczamy do tytułowego limbo w celu odnalezienia siostry. Historia opowiadana jest przez obraz, który widzimy: dzikie plemiona dzieci, niczym z „Władny Much” Williama Goldinga, kryjące się w zakamarkach prymitywnych, leśnych osad; gigantyczne zniszczone neony, zwiastujące, że kiedyś było tu tętniące życie; wielkie przemysłowe maszyny i fabryki, w których jakimś cudem jest jeszcze zasilanie energetyczne, i które są jakby światem w świecie, zakłócając jego fizykę i naturalność. „Limbo” nie potrzebuje słów, lub narracji. Jak wspomniałem wyżej, produkcja czerpie garściami z konwencji kina niemego, ale nie tego amerykańskiego, lecz bardziej niemieckiego nurtu ekspresjonistycznego. W tej prostej, krótkiej grze jest więc więcej sztuki, niż może nam się początkowo wydawać. W 2010 roku tym podobnych produkcji było jak na lekarstwo, i zapewne to legło u podstaw dużego sukcesu tej niepozornej gry.

Gry, która, jak się zdaje, do dziś przynosi profity jej duńskim twórcom. Sam swoją kopię ograłem na Switchu, na którym „Limbo” wylądował w 2018 roku, przy okazji po raz kolejny udowadniając, że nie ma chyba obecnie na rynku lepszego systemu do ogrywania dwuwymiarowych platformówek i metroidvanii, niż konsola Nintendo.


Ograno na: Nintendo Switch

Plusy:
Oprawa audio-wizualna,
zbalansowany poziom trudności,
świat gry i jego atmosfera tajemniczości,
Minusy:
narracja mogła być bardziej wyraźna i emocjonalna, choć czy wtedy "Limbo" nie straciłoby na swym uroku?
9
Podsumowanie:
Krocz przed własnym cieniem w mrok, na pewną śmierć, by rychło znów powtórzyć swój krok, na krótkie przeżycie i kolejne wskrzeszenie.

Może przeczytasz coś jeszcze?