„Ręce, które leczą”

Historia i historie Opowiadania

Szklana, modułowa bryła gmachu tonęła we wczesnowiosennej ulewie. Jacek siedział w holu i patrzył na strugi deszczu spływające po jej szybach. Instytut Narodowy był sterylnymi, wyciosanymi ze szkła i żelbetonu dwiema kostkami, idealnie skrojonymi pod mężczyzn w garniturach i kobiety w garsonkach; On zaś ubrany był w szary sweter i pogniecioną koszulę w kratę pod nim, czując się, niczym Jonasz w trzewiach wieloryba, to znaczy: w złym miejscu i w złym czasie. Spodziewał się obskurnego urzędu z drewnianymi meblami z epoki, równie epokowymi pracownikami i tandetnymi kubkami, a trafił w samo epicentrum kapitalistycznego blichtru.

Widział numery pięter, które mijała zjeżdżająca w dół winda, majestatyczna, jasna, sterylnie czysta, wolna od flamastrem rysowanych fallusów.  Czuł, że wreszcie się doczekał.

– Najmocniej pana przepraszam – usłyszał z ust wysokiej blondynki o brązowych oczach, która wyszła z windy z dostojeństwem godnym dam przechadzających się bulwarem Haussmanna – pewne rzeczy nie są zależne od nas. Rozumiem że mam przyjemność z panem Jackiem Wielowskim?
– W rzeczy samej, miło mi – Jacek nieśmiało wyciągnął dłoń na przywitanie, nie przywykł bowiem do wymieniania uścisków dłoni z kobietami, zwłaszcza takimi.
– Joanna Brzezińska, jestem zastępcą dyrektora departamentu Spuścizny Personalnej w Instytucie Narodowym. Proszę za mną, zaprowadzę pana na miejsce.

Ruszyli długim korytarzem łączącym oba gmachy, przerzuconym nad ziemią niczym szklany most tak, że widział pod stopami połyskujący w deszczu trawnik.

– Rozumiem, że przychodzi pan do nas z AA?
– AA?
– Agencja antyaborcyjna.
– Ach tak, przepraszam, tyle teraz tych służb, że ciężko te skróty połapać. Nie, to musi być pomyłka, ja jestem z BSA. Okazać legitymację?
– Biuro Sprawy Antypolskiej?
– Dokładnie.
– No to będzie mieć już pan pewne rozeznanie.
– To znaczy?
– Pamięta pan waszą akcję z pomnikami Jana Pawła II?
– Pamiętam aż za dobrze. Pomniki… Zniknęły, a potem wróciły na miejsce. Nawet kryminalni mieli z tym duży problem.

Doszli do końca korytarza, zwieńczonego szerokimi skrzydłami windy. Joanna musnęła zwinnie panel tuż przy drzwiach, a czerwone oko guzika rozbłysło się wraz ze stłumionym zgrzytem dźwigu. Stali w milczeniu, czekając aż dźwig łaskawie zjedzie na ich poziom. Jacek odtwarzał sobie w pamięci wszystkie szczegóły akcji „Pomnik”, tyleż zaintrygowany, co zdezorientowany, Joanna zaś stała niewzruszona, znudzonym wzrokiem wpatrując się w metalowy przycisk od windy, koliście rumieniący się od diody po środku. Zanim cisza pomiędzy nimi miała stać się nieznośnie krępująca, metalowe wrota rozwarły się w obie strony.

Wsiedli do środka i tu po raz pierwszy Jacek mógł doświadczyć, jaki charakter ma projekt, do którego go przesunęli. Joanna wybrała poziom -7.
– Minus siedem? Tu są takie podziemia?
– Pozory mylą, prawda? – to był jej pierwszy niewymuszony uśmiech od początku spotkania. – Na minus trzecim przestaje łapać zasięg, mogę więc spokojnie zacząć pana wprowadzać w temat.

Zaczęła do bólu korporacyjną nowomową traktującą o upadku autorytetów i degradacji wartości, tak ważnych dla budowania postaw kolejnych pokoleń Polaków. Mówiła z monotonną intonacją, jakby wyuczoną śpiewką, co jakiś czas przerywaną krótką pauzą na głębszy oddech. Nagle, jakby chcąc podejść Jacka z zaskoczenia, przeszła do sedna.

Ten projekt był ściśle tajny. Tak tajny, że nawet inne służby i biura, w tym jego własne BSA, nie miały o nim pojęcia. A chodziło o stworzenie, czy raczej – co było w tym najbardziej przerażające – wytworzenie autorytetu.
– Ale jak wytworzyć autorytet?
– Nie tyle wytworzyć, ile replikować coś, co się sprawdziło.

Mówiła, że długo zastanawiali się nad archetypem i wreszcie padło na Jana Pawła II. Było to jednak rzucenie się na głęboką wodę, a to przez aspekty bioetyczne i teologiczne; plan był prosty – wytworzenie Jana Pawła II poprzez klonowanie (bazując na materiale biologicznym stanowiącym relikwię, co wywołało oburzenie ze strony Watykanu), ale z taką modyfikacją genów, by przyspieszyć jego starzenie co najmniej sześciokrotnie i załapać się na kolejny cykl wyborczy a w razie czego skutecznie „zniwelować” eksperyment.

Obok powłoki stricte cielesnej, która ostatecznie położyła ten projekt, kluczowe znaczenie miała powłoka ergonomiczna, czyli wytworzenie przestrzeni (a raczej iluzji) pozwalającej klonowi na przyjęcie wychowania i wartości analogicznych dla wartości pierwowzoru. Wielu papieskich biogramów w zupełnej niewiedzy, żyjąc w przekonaniu o pracy nad monumentalną encyklopedią o papieżu-Polaku, w istocie dostarczało szczegółowych informacji pozwalających uformować świadomość klona tak, że już po trzech latach od sklonowania obiekt mający organizm biologicznie wyglądający na lat dwadzieścia, zaczął przejawiać oznaki powołania. Niezwykle trudne i ryzykowne było wytworzenie wielu nakładających się na siebie iluzji, a klon żył de facto w świecie równie nierealnym, jak ten z filmu „Truman Show”.
– Więc te pomniki, to…
– Tak, to myśmy je schowali, by obiekt nie był w stanie ich zobaczyć. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak wpłynęłoby to na jego psychikę.

Projekt jednak upadł, ponieważ wspomniana psychika klona okazała się znacznie słabsza, niż zakładano. Wszystko posypało się w trakcie odtwarzania zamachu na placu świętego Piotra, odgrywanego na potrzeby iluzji przez plac przed katedrą w Licheniu.
– Organizm bardzo źle zniósł postrzały, dochodził do siebie dłużej, niż oryginał (przy czym słowo „oryginał” brzmiało w ustach Joanny zaskakująco oschle), a potem popadł w psychozę. Oszalał z gracją średniowiecznych papieży.
– I co z tym zrobiliście?
– My nic. Nie zdążyliśmy – jego serce nie wytrzymało.

Jak przystało na pionierskie projekty, ten także niósł za sobą wiele nieprzewidzianych strat. Naukowcy w niego zaangażowani mieli duży problem z zachowaniem własnej wiary, obcowali wszak z niemal idealnym klonem, biologicznie bazującym na tkance świętego człowieka, co budziło w nich opór a potem – czyste szaleństwo.
– Ślinili się, leżąc po kątach – Joanna właśnie parzyła sobie kawę – śmieli się jak półgłówki na widok memów z papieżem. Ich psychika rozbiła się, jak kryształowy wazon, na tysiące części. Do dziś ich stawiamy na nogi, a upozorowanie dla każdego osobnej historii jego choroby sprawiło, że przekroczyliśmy budżet projektu o 14%. A to wypadek drogowy, a to porażenie przez piekarnik, a to zakrztuszenie się preclem. Koszmar…
– I myśmy nic o tym nie wiedzieli…
– Tak, tylko dwa inne projekty miały taki tajny status i zabezpieczenia, rozumiesz (Joanna i Jacek zdążyli przejść na „ty”), podziemne laboratoria, generowanie iluzji, zakaz używania kont pocztowych od komercyjnych dostawców, a kiedy budżet projektu pękał, w dwa miesiące znajdowała się na niego kasa pod płaszczykiem nowych, wielkich programów społecznych. Oczywiście – Joanna nieco się usztywniła, lustrując pobliże – te projekty były dobre dla Polaków. W końcu najważniejsze dla nich, by ich dzieci miały należyte autorytety.
– No ale ostatecznie przecież się nie udało?
– Wiele rzeczy było nowych, nie tylko od strony biotechnologii. Zaskoczyła nas zwłaszcza wyjątkowo alergiczna reakcja Watykanu, jakby doszli do wniosku, że nasz projekt wypaczy dogmat o świętych obcowaniu, i jeszcze bardziej zantagonizuje relacje z protestantami.
– Tak, ale jeszcze jedno: przecież on żył, czuł…
– To też był problem, zwłaszcza w zakresie osobistego zaangażowania. Musieliśmy rotować naszym zespołem, bo zaczynały wytwarzać się jakieś dziwne relacje, była nawet próba wyjawienia obiektowi przez jednego z naszych pracowników całej prawdy.
– Jak to? Udała się?
– Niestety zakończyła się samobójstwem.

Jacka przeszedł dreszcz; nie tyle dlatego, że praktyki Instytutu były nad wyraz amoralne, ile przez to, że uzyskując takie informacje, de facto wystawił się na zastosowanie ich względem niego samego. Z tego wszystkiego aż usiadł, nie wiedząc, jakie kolejne pytanie zadać. Przeszło mu przez myśl, że może w tym momencie chodzi jedynie o „sprzątanie” pozostałości po projekcie, a wszystko powyżej jest jedynie historią, która nigdy nie będzie spisana.
– Rozumiem, że jeśli tu siedzimy, to projekt dalej trwa? – zapytał stanowczo, nie chcąc zdradzać swoich negatywnych uczuć.
– Wiedziałam że do BSA rekrutują orłów. Trwa. Ale jest zupełnie na innym poziomie.
– To znaczy?
– Dosłownie i w przenośni. Dopij swoją kawę, zaraz pojedziemy na minus dziesiąte.

Pił już trzecie espresso, nie czując z przejęcia smolistej woni przepalonych, odleżałych ziaren. Papierowy kubeczek z logo Instytutu ledwo co wylądował w koszu, a już sunęli w dół ku nowej wersji projektu.
– Musieliśmy zrewidować pewne kwestie i zoptymalizować narzędzia. Nie tyle przez koszty, choć te 14% ciągle chodzi mi po głowie, ile przez spore straty personalne w kadrze. Tak ciężko o uzdolnionych naukowców, a tak mało z nich ma rodziny… Rozumiesz, bliskich, których bezpieczeństwo jest dlań motywatorem, by dla nas pracować. Single są mniej stabilne. Dziś tu, jutro w Nowym Jorku, a potem służby mają masę roboty, by to jakoś uporządkować.
Dlatego postanowiliśmy stworzyć coś w pełni programowalnego, wolnego od piętna czasu i wspomnień. Może nie tak autentycznego, ale wystarczającego na wiece, spotkania w zakładach pracy, filmy i seriale. Nasz nowy autorytet oparliśmy na technologii ksenobotów, czegoś na podobieństwo biologicznego robota.
– Ponownie Jan Paweł II?
– Nie mogliśmy drugi raz na to patrzeć. Stwierdzaliśmy, że trzeba sięgnąć głębiej.

Drzwi widny rozwarły się jak kurtyna. Weszli do wielkiej hali skąpanej w mroku, po środku której stała przeszklona, oświetlona wystawka z czymś wijącym się pod nią, podłączonym do różnych rurek ssąco – siorbiąco – wypychających. Im bliżej tego byli, tym bardziej czuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
– O mój Boże – wyszeptał mimowolnie, widząc ludzką dłoń wraz z przedramieniem, uciętą idealnie i równo na zgięciu łokcia, a mimo to „żywą” to znaczy, poruszającą się.
– Oto pierwszy w pełni funkcjonalny element naszego nowego modelu. Piłsudskiego 2.0.
– Odtwarzacie Marszałka?
– Precyzyjniej, tworzymy zaawansowanego organicznego robota mającego strukturę fizyczną i wygląd Józefa Piłsudskiego. Odtworzyliśmy kształt twarzoczaszki i stan jej mięśni dla osobnika w wieku 52-53 lat, czyli wtedy, kiedy…
– odparli Bolszewików.
– Odparł… Odparł.  
– I „to” nie odczuwa nic? Emocji, uczuć, bólu?
– Podjedźmy może na minus ósme, tam można usiąść i na spokojnie to omówić.

„Minus ósme” wyglądało jak jedna wielka sterownia elektrowni atomowej i główny monitoring straży miejskiej zarazem – było tam pełno paneli, stołów z guzikami i wajchami, wreszcie monitorów przechwytujących obraz z kamer naprowadzonych tylko na jeden punkt – gablotę z ramieniem Marszałka, a raczej ksenobotem ramienia mężczyzny w wieku 52 lat. Tak przynajmniej powtarzała Joanna. Wyraźnie było widać, jak dystansuje się od jakichkolwiek przejawów budowania osobowości dla nowego obiektu. Obiekt miał być literalnie obiektem, narzędziem opartym na kodzie binarnym, choć z biologiczną podbudową.

– Jakby to powiedzieć…. Będzie odczuwał ból, ale nie będzie go boleć. Odtworzymy do pewnego momentu układ nerwowy, tak, by przewodził impulsy nerwowe, ale one będą przechodzić przez mikroprzewodniki – sygnał będzie transformowany nie na bodziec, lecz informację. Oczywiście, bazując na takiej informacji możemy zasymulować ból, ale ograniczymy się tylko do efektów dźwiękowych, jakiegoś „ała” wypowiadanego marszałkowym tembrem, jakiegoś grymasu na twarzy, nic poza tym. Testy wykazały, że bardziej wiarygodna reakcja może prowadzić do uszkodzenia komórek, które co prawda mają wysoką zdolność do replikowania, ale nie chcielibyśmy sytuacji, w której odcięty palec Marszałka wyrasta po dziesięciu minutach, a obiekt wraca do pełnej sprawności, bez rebootowania.

Jacek obserwował dziesiątki monitorów, powielających i powiększających dłoń i ramię do nienaturalnych rozmiarów.
– A jak w zasadzie chcecie zaprezentować społeczeństwu… To?
– Mieliśmy kilka koncepcji, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się odwołać do praktyk płaskoziemców.
– To znaczy?
– Ludzie szukają zaprzeczeń. Nie wierzą oficjalnym stanowiskom. Dlatego budujemy sieć latarni, które w odpowiednim momencie będziemy aktywować; latarni, czyli przekaźników informacji. A to przodek Marszałka wyzna, że czuje jego obecność, że Marszałek nawiedza go w snach, mówiąc w nich, że powróci, że tęskno mu do Polski.
– To się zdziwi, gdy zobaczy, gdzie jest Wilno i Lwów.
– Na minus ósmym nie ma zasięgu, ale jest nasłuch, potraktujmy to jako dobre rozeznanie wiedzy i historii z twojej strony. Ale wracając do tematu, latarnie mają budować społeczne przekonanie. Będą się tworzyć lokalne grupy sympatyków, trochę na podobieństwo tych sekt, które wierzą, że Elvis Presley żyje. W planie jest ogólnokrajowy blackout, i może wtedy, w aurze nadprzyrodzonej, postawimy na scenie nasz obiekt.
– Sprytnie, zwłaszcza kiedy obiekt zacznie publicznie popierać rząd.
– To prawda, wytworzymy pewną nić antagonizmu, ale tylko po to, by przemieniła się ona w prawdziwy supeł miłości.

Zamilkli na chwilę, ale nie trzeba było długo czekać, by to, co już od dłuższej chwili zaciekawiło Jacka, przerodziło się w na głos wypowiedziane pytanie.
– Te kamery chyba nie działają synchronicznie?
– Co masz na myśli?
– Zobacz, na tej numer 49 rusza się palec serdeczny, a na tej numer 31 już nie.

Joanna obdarzyła go uśmiechem pełnym pobłażania.
– Jacek, myślisz że oparlibyśmy cały projekt na jednym prototypie? Ramion jest sto dwa.
– Co?
– Planujemy szesnaście kopii Marszałków, po jednym na każde województwo w ramach naszych delegatur, ale trzeba zakładać ubytki naturalne, awarie, serwis, stąd tyle kopii.
– A nie boicie się, że, na przykład, dwa naraz będą działać niezależnie obok siebie i cały plan się wysypie?
– To niemożliwe. Oprogramowanie działa w chmurze, zresztą nawet teraz – te wszystkie poruszenia palców, które widzisz, to tak naprawdę zaprogramowany cykl, by utrzymać należytą sprawność mięśni; ale to wyłącznie środowisko testowe. Na produkcji może działać tylko jeden ksenobot; oczywiście mamy protokół awaryjny, ale ciągle, powiedzmy, w fazie koncepcyjnej. Zakłada on szybką zmianę wyglądu przy jednoczesnej aktywacji alternatywnej biblioteki zachowań, a nawet języka, tak, by wyeliminować jakiekolwiek podejrzenia.

Wrócili na poziom minus siódmy, bardziej przypominający wnętrze korporacyjnego biura, aniżeli zaawansowane laboratorium. Pełno tu było biurek i monitorów porozdzielanych grubą matową pleksi, a w kuchni dodatkowo podwieszone były trzy telewizory, każdy nastawiony na inny program informacyjny danej telewizji, odpowiednio: prorządowej, sympatyzującej oraz formalnie jeszcze nie zrepolonizowanej. Jacek był coraz bardziej zmęczony, ale zarazem nie mógł przestać pytać, choć pytania zadawał coraz wolniej, z coraz mniejszą bystrością. Czuł się jak koleś nafaszerowany prochami do stopnia, w którym ożywienie spotyka się ze zmęczeniem, a był to efekt jedynie trzech mocnych kaw i trzech milionach nowych informacji.
– Więc do czego mnie potrzebujecie? – rzucił wreszcie, przerywając Joannie skomplikowany wywód o biologicznych aspektach powielania tkanek naskórka.
– Nasz soft potrzebuje odpowiedniej, autentycznej głębi zachowań, to znaczy zachowań dostosowanych do bieżących potrzeb. Jako człowiek z BSA znasz wszystkie palące problemy, które chcemy wyrugować ze społeczeństwa siłą autorytetu, poczynając od najmniejszych, powiedzmy…. – i tu Joanna spojrzała pytająco na Jacka.
– No…. dajmy na to, powiedzmy… Plucie na pomniki! – wykrzyknął jak uczniak pierwsze lepsze, co mu ślina na język przyniosła.
– Właśnie, plucie na pomniki, a skończywszy na wiecach, protestach, czy oglądaniu tych gadzinowych mediów – mówiąc to, spojrzała na jeden z ekranów telewizora. – Najpierw nasze latarnie rozniecą płomień, a potem Obiekt stanie się tym płomieniem i ugasi antyrządowe zapędy pospólstwa.
– Płomień ugasi?
– Co? Mój Boże, ale się zasiedziałam, a muszę przecież złożyć raport dzienny. Daj mi pół godziny, wrócę i oddelegujemy cię na przydział.
– Jak to, tu? Teraz?
– Tak, jesteś bardzo zmęczony, widać po tobie. Nie ma mowy, byś miał dziś wracać do siebie. Mamy tu pokoje dla pracowników, standard hotelowy, tyle, że bez Internetu.

Znów zrobiło mu się nieprzyjemnie. Wiedział, z czym się wiążą takie „noce”. Wiedział, że będzie cały czas pod obserwacją, nasłuchem, może nawet monitorowane będą parametry jego organizmu.
– Rozumiem, poczekam tutaj – stwierdził, tłumiąc w sobie westchnienie.

Został więc w kuchni, oparł ciężką od myśli głowę o plastykową ścianę przedzielającą kuchnię i biurowy open space, wodząc zmęczonym wzrokiem po jaskrawych paskach z łamiącymi informacjami: o seks aferze, w którą zamieszany był jeden z wiceministrów („i arcybiskup”, jak skojarzył sobie Jacek), o grzybie gigancie w północnych Włoszech, wreszcie o dużym wzroście gospodarczym możliwym dzięki rządowym programom pomocowym. Poziom był zupełnie pusty, zatem, nie czując skrępowania, pozwolił sobie zamknąć oczy i z wolna odpłynąć w sen, kiedy, już prawie będąc na jego granicy, na równe nogi postawił go dziki dźwięk syreny alarmowej.

Drugim, co usłyszał, był tupot stóp i krzyki gdzieś na górze. Wstał, ale nie zdążył nawet zrobić kroku do przodu, kiedy z klatki schodowej (używanej wyłączne na wypadek ewakuacji oraz przez ten nieliczny personel Instytutu, który widział w schodach idealne narzędzie do joggingu) wyskoczyła Joanna.
– Nic się nie dzieje –powiedziała na wejściu przejętym głosem, po czym podeszła do pulpitu nawigacyjnego wmontowanego w ścianę kilka metrów od Jacka i zaczęła wystukiwać na nim jakieś komendy i polecenia.
– Ale jak to? Ćwiczenia?
– Można nazwać to ćwiczeniami. Daj mi chwilę, ok?
– Tak, ale…
– Dobra. – rzuciła wyraźnie poirytowana jego gadaniem – Jaki jest twój ulubiony kolor?
– Słucham?
– To jest polecenie służbowe, więc nie zgrywaj się. No to jaki jest ten kolor?
– Nie wiem, nie myślałem o tym… Dobra, niech będzie czerwony.
– A jogurt?
– Smak jogurtu, typ? Każdy… – Ale widząc, jak palec Joanny zastygł w powietrzu, a jej usta zaczęły składać się do wrogiego syku, szybko sam się zdyscyplinował – No dobra…. waniliowy, typu islandzkiego.
– A lubisz poziomki?
– Nie wiem, dawno nie jadłem, jak trzeba to zjem… O co tu do cholery chodzi?
– Na potrzeby dobrego, wiarygodnego scenariusza.
– Scenariusza czego?
Joanna oderwała się od ekranu, spojrzała na Jacka zimnym jak lód wzrokiem, po czym odpowiedziała stanowczo:
– Śmierci.

Nie zdążył zadać kolejnego pytania, ba, nie zdążył się nawet zdziwić, kiedy nagle, nie wiedzieć skąd i kiedy, zobaczył wymierzonego w siebie Glocka.
– Trochę niefortunnie to wszystko wyszło. – Stwierdziła bez cienia emocji, po czym usłyszał dwa wystrzały, z czego drugi jakby w próżni, ponieważ wcześniej poczuł ogłuszenie po lewej stronie głowy, potem zaś ból w kolanach, bo chyba upadł, sam nie był pewien, i chyba ciepło sączącej się z głowy krwi, bo cóż innego? Syreny alarmowe zaczęły wyć coraz słabiej, a amplituda ich sygnału zdawał się być coraz bardziej rozciągnięta, spowalniając tempo sygnału i czyniąc z niego jakiś karykaturalny dźwięk zabawki, w której wyczerpują się baterie.

Ocknął się. Syreny dalej wyły, choć słyszał je słabo; obraz drgał przed jego oczyma i był jakby posypany sadzą – zmysły Jacka ewidentnie nie pracowały, jak należy; zdołał jednak skierować całą ich uwagę i moc na telewizory; zobaczył żółte i czerwone paski, jakieś urywki amatorskich nagrań, uciekających ludzi, latające helikoptery, wszystko stanowiło dziwą wiązkę parawojennych informacji; znów mocno mu pociemniało i odpłynął nie wiedzieć gdzie.

Nie miał poczucia miejsca i czasu, czuł jedynie bodźce własnego ciała. Kiedy przebudził się kolejny raz, choć sam nie był pewien jakiejkolwiek kolejności tych przebudzeń, „coś” odetkało mu się w głowie, a jego prawe ucho zaczęło znów wyłapywać pełne spektrum dźwięków. Musiał się nieco wysilić, by zrozumieć treść nabiegających z telewizorów dźwięków, a jako że co chwile mdlał, także ich kontekst.

„Stoi za tym na pewno opozycja… To bezprecedensowa sytuacja… Te stworzenia, czy raczej roboty, są wyjątkowo agresywne… Informacje z ostatniej chwili wskazują, że… Pałac prezydenta jest właśnie ewakuowany… Ciężko określić kierunki ich działań… Dłonie zaatakowały ministerstwa i jednostki rządowe… Przebiegło obok mnie i skoczyło jak jakiś kocur na sekretarza stanu, prosto na jego twarz, dobrało się do szyi, i… Celem ataku prawdopodobnie nie jest ludność cywilna… Prosimy stosować się do alertów RCB…”.

Znów zapadł w mrok. Kiedy na powrót się obudził, miał poczucie jakiejś lekkości, choć bardzo chciało mu się pić. Spojrzał na telewizory – telewizja państwowa już nie nadawała, dwie pozostałe zapowiadały na godzinę 18-stą orędzie Marszałka Sejmu; wiedział, co to znaczyło – Marszałek Sejmu był drugą najważniejszą osobą w państwie, zastępując lub przejmując obowiązki prezydenta wtedy, kiedy ten nie mógł sprawować władzy. „Musiały go dopaść”, przeszło mu przez myśl. Wtem po lewej stornie usłyszał jakieś głosy.
– Widziałeś jak ją rozpierdoliły? Nie zdążyła nawet uciec.
– Nie gadaj, tylko bierz dyski i spadamy. Jezu, po kiego chuja się tu rekrutowałem?
– Ale jak one zyskały samoświadomość?
– Nie pierdol, ktoś musiał uzyskać zdalny dostęp, pewnie jakiś wywiad, sam wiesz jakie mamy chujowe protokoły bezpieczeństwa.
– Nikogo innego… Tylko władzę.
– No nie, zaatakowały jeszcze dziennikarzy.
– Jakich dziennikarzy?
– No, powiedzmy, prorządowych… Zawijaj de dyski, samolot już czeka. Mam nadzieję, że Zośka z Kacprem się nie…

Głosy zamilkły wraz z jego ciężkim sapnięciem. Zdołał jeszcze wyrzucić z siebie wołanie o pomoc, po czym znów na poły zemdlał, na poły stracił kontrolę nad zmysłami; widać owa „lekkość” to było maksimum możliwości jego organizmu.
– O kurwa kto to jest?
– Zaatakowały go?
– Patrz, łuski… To jest postrzał… Dostał w łeb, ale chyba żyje?
– Ty, przecież Aśka miała broń tam na górze.
– O kurwa, racja…
– To co robimy?

Nie zdołał usłyszeć odpowiedzi. Poczuł tylko, że coś dzieje się z jego ciałem, które chyba uniesiono do góry. „Czy tak wygląda odrywanie się duszy od ciała?”, przemknęło mu w głowie niczym sportowe auto środkiem pustej autostrady. Przez chwilę miał wrażenie, że widzi klatę schodową. Przez chwilę miał wrażenie, że u wyjścia leży Joanna, podrapana i z wydłubanymi oczyma. Potem poczuł już tylko chłód przeszytego deszczem powietrza, syreny karetek gdzieś w oddali, powtarzane jak mantrę „spokojnie” które ktoś adresował chyba do niego (a może do kogoś stojącego z boku) choć nie wiedział kto, gdzie i jak. Był w sobie, a zarazem poza własnym ciałem i zmysłami, bez kontroli nad nimi.

Kiedy wreszcie się ocknął, od razu poczuł uścisk bandaża wokół całej głowy; potem ubrana w biały fartuch pielęgniarka podała mu bieżącą datę, a on nie mógł uwierzyć, że już jest lato. Na lato miał zaplanowany pierwszy od ośmiu lat urlop; oczywiście gdzieś w jakiś nadmorskim pensjonacie utrzymywanym przez służby specjalne.
– Proszę pana? – usłyszał – proszę pana?
– Tak?
– Pamięta pan, jak się nazywa?
– Tak.
– Jacek?
– Tak.
– A pamięta pan, co się wydarzyło?
– Tak…
– To nie dobrze. To bardzo niedobrze…

Może przeczytasz coś jeszcze?