„Bajki robotów” – Stanisław Lem (1964) | Wrażenia

Książki Sacrum i Profanum

Nigdy nie byłem entuzjastą „Bajek robotów”. Nie „czułem” tej literatury, tłukąc ją jako lekturę szkolną w podstawówce (co uważam za poroniony pomysł, ale o tym nieco później), nie czuję też tych kilkunastu opowiadań teraz, choć nie mogę odmówić im uroku; być może w przededniu premiery kinowej „Diuny” oraz serialowej „Fundacji” mój umysł łaknie bardziej dojrzałych i złożonych fabuł, aniżeli historii może nie oczywistych i nie prostych, ale – nomen omen – pokręconych.

Nie potrafię nawet (i nie chcę), wzorem moich poprzednich wpisów poświęconych zbiorom opowiadań autorstwa Lema, opisywać każde z nich, streszczać moje wrażenia i próbować stawiać oceny; wiele „Bajek…” wydało mi się nazbyt abstrakcyjnych, by bezproblemowo „wejść” w światy, które opisywały, i łuskać z nich morały, typowe wszak dla bajek. Skoro więc trzydziestokilkuletni facet, może nieco przyćmiony poznawczo bieżącymi problemami, ma problem ze zrozumieniem „Bajek robotów”, jak miał je rozumieć szóstoklasista1?

Pomijając złą sławę lektur szkolnych, myślę, że uczyniono tu Lemowi wielką krzywdę, zmuszając dzieciaki do poznawania nad wyraz abstrakcyjnych dla nich światów: krzyżówek techniki rodem z lat 60-tych z iście feudalną nomenklaturą i koncepcją życia; światów, w których obcują ze sobą królowie i maszyny, i które swą brutalnością i bezwzględnością równają się bardziej opowieściom braci Grimm, aniżeli, dajmy na to, „Pokemonom”. I wszystko to w imię umieszczenia Lema gdzieś w tym edukacyjnym panteonie, nie dość, że na siłę, to jeszcze dziełami, które tylko z nazwy są dla dzieci.

„Bajki robotów” to opowiadania oparte o ciekawy koncept, zasadniczo znany fantastyce nie od dziś, ale nawet biorąc pod uwagę samą warstwę językową (czyli pomijając fabułę, w której często gęsto mowa o dekapitacji, uwięzieniu, niewolnictwie, czyli czymś, czego raczej nie chcielibyśmy czytać dzieciom w bajkach), jest to rzecz wyjątkowo mało płynna, i nieco hermetyczna. Spójrzmy chociażby na ten wers z „Jak Erg Samowzbudnik Bladawca pokonał”:

Powiadano, że znał sposoby nizania fotonów na nitki, z czego świetliste naszyjniki powstają; a nawet, że wiedział, w jaki sposób można złowić żywego Antroposa”.

Z tego samego odpowiadania:

Wyjawił, że aby do krainy bladawców dojść, musiał drzwi słońca wywarzyć, Capute Medusae zwanego, uniósłszy je zaś z zawias chromatycznych, przebiegł przez wnętrze gwiazdy, całe w szeregach płomienia liliowego i białobłękitnego, aż się na nim zbroja od żaru zwijała”.

Piękne obrazowanie, a przy okazji problematyczne dla pokolenia wychowanego w kulturze obrazu, dla którego opis co raz częściej jest nudny, a więc zbędny.

Moja niechęć do „Bajek…” ma zatem po części podłoże biograficzne (gdzie w wieku młodzieńczym odbiłem się od srodze), po części – systemowe (po co dalej wrzucać to do plecaków dzieciaków, choćby w formie „Cybieriady”?), aż wreszcie wyraża się w niezrozumieniu wyborów samego mistrza Lema, który, chcąc wymieszać trudne do połączenia konwencje, wyszedł z tej próby z umiarkowanym sukcesem – jeśli przyjmiemy, że odbiorcą tych opowieści będzie dorosły czytelnik, a już raczej miernym, jeśli w miejsce dorosłego podstawimy dziecko. A może jest tak, że dzieci dzieciom nierówne, i dla młodzieży z końca lat 60-tych, często zafascynowanej wszelką mechaniką, fizyką, chemią, generalnie – czymś wykraczającym ponad szarą rzeczywistość tamtych lat – „Bajki…” jawiły się, jako przemyślny zbiór różnobarwnych i wciągających opowieści, i nawet użyty język nie stanowił przeszkody, a raczej wpisywał się w naturalną potrzebę wiedzy, adekwatną do innych zainteresowań, takich jak, na przykład, spalanie paliw w silniku motorynki? Ale nawet jeśli przyjąć tak krytyczne podejście, nie pozostaje mi stwierdzić nic innego, jak to, że przy takim założeniu „Bajki robotów” po prostu nie przetrwały próby czasu.


Stanisław Lem, „Bajki robotów” – Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.


Przypisy:

  1. Problem jest nadal aktualny, bowiem w ramach wykazu lektur uzupełniających, „Bajki…” zostały zastąpione fragmentami „Cyberiady”, która de facto stanowi ich kontynuację.

Może przeczytasz coś jeszcze?