Licencja na diabła

Historia i historie Opowiadania

Wyobraźcie sobie, że jest spokojne sobotnie popołudnie, a wy siedzicie sobie w waszych domach i mieszkaniach, kontemplując samotność, niczym dzieło sztuki. Tak właśnie wyglądała moja sobota, wolna od trosk i nacechowana dużą dozą egoizmu.

Kiedy więc zadzwonił dzwonek do drzwi, nie ruszyłem się z miejsca, poprzestając na nerwowym podrygu i niepokoju, który rychło zastąpiła myśl, że to pewnie żebrak, który w trosce o rzeczywiste potrzeby lub własny nałóg, postanowił nawiedzić moje skromne progi.

Ale dzwonek zadzwonił drugi i trzeci raz – znaczy – sprawa była na tyle poważna, że należało porzucić błogi stan kontemplacji, wstać z miękkiego, głębokiego fotela i wolno (a nuż przestanie dzwonić?) doczłapać i otworzyć drzwi.

Kiedy je uchyliłem, zobaczyłem niskiego łysego faceta w wieku, który predestynowałby go do posiadania siwych włosów (gdyby takowe miał), za nim zaś stał jakiś lump: zarośnięty siwy hipis w obdartych łachach i spiczastej, chudej twarzy, który nawet nie raczył na mnie spojrzeć, studiował za to tabliczkę z moim nazwiskiem, starannie przykręconą dwoma wkrętami do drzwi.

W tym podobnych sytuacjach zazwyczaj padają słowa klucze: „słucham?”, „czy można?”, „w czym mogę pomóc?”. Być  może próbowałem nawet takie słowa wypowiedzieć, nie pamiętam; nie pamiętam także tego, jakim cudem ta niezapowiedziana dwójka dziwadeł przekroczyła próg mojego domu, nie rozdzielając się zwęszyła szybko każdy z pokoi, ja zaś w gonitwie za nimi, nie wiedząc, czy wołać o pomoc, czy ratować majątek, czy rzucić się na nich z pięściami, gubiłem słowa i myśli w tym nader mi nieżyczliwym galimatiasie zjawisk.

Wreszcie nieco się uspokoiło, znaczy: dziwadła wpadły do pokoju gościnnego i usiadły bez pytania na sofie. Stanąłem tuż obok nich, bojąc się usiąść. Przez chwilę trwaliśmy tak w ciszy: oni, ciągle wodząc wzrokiem po pokoju, ja, czując rosnące napięcie i poczucie obezwładniającego lęku, z którego nagle postanowił mnie wyzwolić łysy jegomość.

– Pan wybaczy takie nagłe i niespodziewane zajście, ale różdżki zaprowadziły nas właśnie tutaj i nawet nie zdążyliśmy dekontaminować złej aury, bo Mistrz Yon – tu łysy kiwną na hipisa – wyczuł piąty żywioł na skraju swojego zen.
– Nie no, nic się nie stało – odpowiedziałem mechanicznie, ale rychło połączenie między mózgiem a językiem odzyskało pełną przepustowość – znaczy, co to ma znaczyć? Wchodzą panowie do obcego mieszkania, bez pytania, bez niczego, to jest wtargnięcie, to jest naruszenie miru domowego, ja się domagam wyjaśnień, poza tym tu niedaleko mieszka policjant, on…

Sam nie wiem, po cholerę poruszyłem temat tego policjanta. Prawdę powiedziawszy, nie miałem za sąsiada żadnego policjanta, tylko emerytowanego poławiacza śledzi, któremu najwidoczniej tak było tęskno do fal, że często bujał swój błędnik wódką. Powołanie się na stróża prawa nie wywarło na moich gościach żadnego wrażenia.

– Proszę pana, rzeczy wyjaśniane są zbędnym balastem dla Mistrza Yon. – Łysy obrócił się w kierunku hipisa, hipis zaś mierzył wolno wzrokiem moją meblościankę, mój stół, moje kryształy odziedziczone po dziadku, mój dywan i mój pokątny bałagan. Wreszcie jego błędny, zasnuty mgłą wzrok zatrzymał się na mnie. Gapił się długo, aż ciarki mną wstrząsnęły, po czym powoli, ale dosadnie, rozwarł do niezdrowej szerokości powieki i coś wybełkotał do łysego.
– Śpieszę powiedzieć, że Mistrz Yon wyczuł w tym domu obecność samego Antychrysta. Mistrz Yon pyta, czy oprócz pana ktoś jeszcze przebywa w tym domu?
– Słucham?

Łysy nachylił się nieco ku hipisowi i coś mu wyszeptał, hipis zaś do rozwartych oczu dołożył rozwarte usta; trwały tak chwile, ni to w zdziwieniu, ni to w odrętwieniu, aż wreszcie znów się ruszyły, jakby przeżuwały gumę, a język poskładał kolejny ciąg niezrozumiałych fraz. Łysy pokiwał głową i zdawało się, jakby dopytywał, jakby sam nie wierzył. Ale wreszcie zamilkł, by po chwili wolno zwrócić się w moją stronę i powiedzieć:

– Szanowny panie, wychodzi na to, że jest pan Antychrystem. Zaraz wydam panu pokwitowanie, poproszę o podpis, i już nie będziemy niepokoić, sobota taka piękna, pewnie chciałby pan jakoś miło spędzić ten czas.
– Przepraszam, co ja mam pokwitować? Jaki Antychry…
– W zasadzie ma pan rację, mamy przecież pańską godność na drzwiach. To chyba byłoby na tyle. Bądź co bądź, ciekawy dzień, nie co dzień spotyka się Antychrysta. Będziemy się już zbierać.

I ledwo co powiedział, zaraz dźwignęli się z miejsc i niemalże wybiegli z pokoju, w ogóle na mnie nie patrząc.

Aż usiadłem. Inaczej się nie dało. „Co tu się właściwie stało?”. Pomyślałem, że wieczorem zobaczę siebie na YouTube, a znany prankster ogłosi kolejny sukces mierzony liczbą polubień i wyświetleń. Ale to było zbyt absurdalne, poza tym, gdzie niby mieliby ukryć kamerę? W gardzieli Mistrza Yona?

Wtedy coś mnie tknęło. Wstałem i wyszedłem na balkon. „Może oni gdzieś jeszcze tu się kręcą?”. Z pierwszego piętra dojrzałem tylko pusty parking i staruszkę, która, powłócząc nogami, zdawał się ledwo trzymać równowagę.

„Zaraz się wypierdoli”, pomyślałem bez ogródek.

Nie minęła chwila, a staruszka wyrżnęła jak długa, wypluwając przy tym sztuczną szczękę, która potoczyła się dobry metr, szczękając złowrogo.

„O kurwa”, pomyślałem, wpatrzony jak w banalny obraz.

– Czy nic się pani nie stało? – krzyknąłem, widząc, że nikt nie spieszy starej z pomocą.
– Taa… taak – stara zaczęła się czołgać ku swoim zębom – reumatyzm, biodro, o matko, o Chryste!

Nie trzeba było przywoływać innych person, bym wyskoczył z mieszkania (jakby poparzony) i ruszył jej na pomoc; jednak, ku mojemu zdziwieniu, kiedy wszedłem na parking, staruszka żwawo przemierzała alejkę przylegającego do osiedla parku. Zdziwiłem się, że tak szybko się zebrała, i aż żałowałem, że tego nie zobaczyłem.

Skoro nie było staruszki na widoku, wypadało wrócić do mieszkania, zwłaszcza, że zostawiłem je otwarte, a nie marzyło się zastać na miejscu, dajmy na to, dla przykładu, powiedzmy, cóż to może być za przykład? Ot, dwóch ludzi przyznających mi certyfikat antychrysta.

I nic by się nie działo; sobota dalej snułaby się niczym pijak o poranku, gdyby nie jeden szczegół. Drzwi do mojego mieszkania zatrzasnęły się. Pociągnąłem za klamkę, raz, drugi, trzeci, szarpałem – nic. Szczęściem, miałem przy sobie telefon, więc po chwili przeglądałem już oferty najlepszych ślusarzy tego miasta, modląc się w duchu, by pracowali w sobotę.

Jakież było moje zdziwienie, gdy pierwszy wybrany z brzegu ślusarz odebrał telefon po pierwszym sygnale, powiedział, że jest na moje żądanie, poprosił o adres i oznajmił, że będzie tak szybko jak to możliwe, maksymalnie do piętnastu minut. Był po pięciu.

Wysoki i chudy jak tyka, z przewieszoną przez ramię skórzaną torbą, której rozmiary pozwalały pomieścić cały warsztat, stanął przede mną na baczność i, spojrzawszy się na mnie w pełnym skupieniu, zapytał, które to drzwi. Tylko wskazałem palcem, a ślusarz odrzekł: „Tak, mój panie”, i przystąpił do pracy.

„Wzorowa obsługa klienta”, pomyślałem.

– Ile to potrwa?
– Mój panie, zakładam, że do dwudziestu minut; jeśli życzy pan sobie poczynić w tym czasie inne sprawunki, proszę nie kłopotać się moją osobą, poczekam na pana – odpowiedział w dziwnie staroświecki sposób. Co za dzień pełen dziwnych person!

Poszedłem więc do osiedlowego sklepu, cóż mi bowiem po patrzeniu się na człowieka klękającego do mojej klamki, to znaczy – do klamki moich drzwi.

Ledwie przekroczyłem próg sklepu, od razu zobaczyłem ponad tuzin osób stojących w kolejce do kasy. „No i pokupowane”, pomyślałem, i dosłownie w tym samym momencie kolejka dosłownie rozpłynęła się w powietrzu: część klientów cofnęła się do głębi sklepu, reszta rozstawiła koszyki i z niego wyszła.

Stałem jak wryty. Wyglądało na to, że każda moja myśl znajduje ucieleśnienie. Nie, to niemożliwe. Postanowiłem przeprowadzić prosty eksperyment. Pomyślałem:

„Niech ekspedientka rozbierze się do naga”.

Ekspedientka była piękną, młodą dziewczyną, więc z męskiego, heteroseksualnego punktu widzenia nie mogłem pomyśleć trafniej, ja, biedny onanista z kompleksami w relacjach interpersonalnych.

Ekspedientka spojrzał się na mnie swoimi smutnymi oczyma, a jej wyraz twarzy wyraźnie posmutniał.

– Błagam, niech mi pan tego nie robi – wyszeptała.

„O kurwa”, pomyślałem bez ogródek, w nazbyt powtarzalny ostatnimi czasy dla mnie sposób.

– Nie, nigdy nie wzięłam za to pieniędzy – wyszeptała przerażona ekspedientka.
– Przepraszam, nie, nic z tych rzeczy, spokojnie – i wybiegłem ze sklepu, niemal potykając się na progu.

„Jezu, może ja rzeczywiście jestem antychrystem? Boże, za jakie grzechy, co ja takiego złego zrobiłem?” – pytałem sam siebie, krocząc w pełnym spięciu pod zaryglowane nie–wiadomo–jakim–cudem drzwi mojego mieszkania.

Gdy tylko wszedłem w korytarz, na końcu którego jaśniał sosnowy odcień moich drzwi, aż przystanąłem ze zrezygnowania; ślusarz dalej klęczał, ale już nie przed drzwiami, ale przede mną.

– Mój panie, zamek naprawiony i drzwi można otworzyć.
– Bardzo panu dziękuję! Ile się należy?
– Ależ nie! – Ślusarz padł twarzą na ziemię i zaczął krzyczeć tak, że chciałem uciec.
– Jam niegodny, ażeby przyjąć jakąkolwiek zapłatę od Mistrza, niegodny, nie-god-ny! – po czym zaczął cicho skomleć.

Miałem do wyboru kilka wariantów zachowań: mogłem dalej rozmawiać ze ślusarzem, pocieszyć go, zaoferować pomoc, mogłem uciec, lub mogłem go ominąć bez słowa, wejść do mieszkania i na wszelki wypadek zaryglować drzwi; wybrałem tę ostatnią opcję, bo bezpieczniejsza – jeśli byłem antychrystem, ślusarz był wyraźnie pod moim urokiem, stąd tak dziwne zachowanie i mianowanie mnie nieco pedantycznie “panem”; jeśli zaś nie byłem antychrystem, koleś wyglądał na stukniętego, i nikt nie dawał mi gwarancji, że zaraz nie wbije mi swojego klucza w…

O nie, nie mogłem o tym pomyśleć, bo zaraz stałaby się tragedia. Lepiej dmuchać na zimne.

Wszedłem do pokoju gościnnego i padłem, wyraźnie tym wszystkim zmęczony, na kanapę.

Spojrzałem za okno – sobota dalej była smętna i nudna, a kruki sznurem siedziały na balustradzie mojego balkonu; wszędzie panowała cisza i…

„Kruki?!” – dopiero teraz dotarło do mnie, że to nie gołębie, lecz czarne, majestatyczne ptaki o bordowych ślepiach. Symbole diabelstwa i szataństwa.

– A kysz! – krzyknąłem tak, jak ongiś moja babcia zwykła krzyczeć na szpaki i gawrony; kruki momentalnie zerwały się z balustrady i porwały nieregularnym kluczem ku niebu, a wraz z nimi wszelkie ptactwo zalegające na okolicznych balkonach i drzewach.

W tym momencie pomyślałem, że posiadanie statusu antychrysta wcale nie jest takie złe – skoro udało się z krukami, na pewno uda się też z gołębiami, które, jak się zdaje, za punkt swojego ptasiego honoru obrały sobie zapaskudzenie swoimi biało–czarnymi odchodami całego mojego balkonu.

I kiedy z wolna począłem snuć wizję przyszłych korzyści, płynących z szatańskich mocy i zdolności, znów usłyszałem dzwonek do drzwi.

Trzy długie susy, i już zerknąłem w wizjer, w którym odbiła się znajoma mi łysina. Kiedy otworzyłem drzwi, mina asystenta Mistrza Yona, w przeciwieństwie do jego postury, była nie tęga. Postanowiłem wyjść na przeciw moim oczekiwaniom co do przebiegu rozmowy z nim.

– Witam serdecznie! Cieszę się, że pana widzę, bo mam kilka pytań odnośnie mojego nowego statusu, i chciałbym…
– Weź pan nawet nie próbuj – przerwał mi nad wyraz szorstko i, nie czekając na pozwolenie, wparował do pokoju gościnnego i pozwolił sobie usiąść na kanapie.
– Może kawki? – zaproponowałem.
– A poproszę.

Poszedłem więc do kuchni przygotować kawę, i choć był to proces relatywnie długi, miałem przeświadczenie, że przebywanie z asystentem Mistrza bez kojącego aromatu kawusi przysporzy mi więcej strat aniżeli korzyści. Wreszcie woda zabulgotała, a ja po chwili mogłem wyrzec sakramentalne „proszę”, kładąc na podstawce filiżankę arabiki. Usiadłem w fotelu naprzeciw mojego gościa i zapytałem:

– Co pana do mnie sprowadza, i czemu bez Mistrza Yona?
– Proszę pana – w tym momencie łysy siorbną nieco kawy – powiem wprost: Dupa z pana, a nie antychryst!
– Ale o czym pan mówi?
– O czym? O czym?! – łysy wyraźnie się wzburzył, prawie wypluwając to, co dopiero popił – Panie, przewracanie staruszek, rozbieranie niewinnych kobiet, w dodatku, formalnie, panien? Płoszenie ptaków, jak jakiś strach? Co to ma być do chuja Boruty?
– Ale proszę pana, ja do końca nie wiedziałem, że…
– No to jak pan nie wiedział, to pan jest trąba, a nie antychryst. Proszę mi wybaczyć, ale nie to ma dalszego sensu – cofamy panu uprawnienia.
– Ale dlaczego?
– Pan nie umie czynić zła! Proszę Pana, Hitler, Stalin, proszę sobie tylko przypomnieć, ile oni osiągnęli, mimo że nic nie znaczyli. Ale oni mieli naturalny dar, talent, którego panu, jak widać, nie starcza.

Asystent dźwignął się ciężko i ruszył ku wyjściu, na odchodnym rzucając:

– A kawa? Jak mi Adolf albo Józef parzyli, to było niebo, tak, niebo w gębie! A pan nawet tego nie umiesz. Wielce my się pomylili, oj wielce. Żegnam!

I wyszedł, zamykając drzwi z dynamiką bliską trzaśnięciu.

Jego krótka acz zdecydowana wypowiedź wbiła mnie w fotel; siedziałem nieco otumaniony, nie mogąc na powrót powrócić do stanu błogiego, sobotniego lenistwa, które było moim udziałem u zarania tego dnia, jeszcze zanim stałem się antychrystem.

Nagle na balustradzie balkonu osiadł gołąb, zwykły, szarobury miejski gołąb; Zerkał swym ciemnym okiem w moim kierunku, jakby wypatrywał pomiędzy szczeciną mej brody okruszków po bułce.

– A kysz! – powiedziałem na głos.

Gołąb nawet się tym nie przejął.

Może przeczytasz coś jeszcze?