Ptaki śpiewają dalej

Historia i historie Opowiadania

Lubię kolekcjonować fotografie dzieci trzymających martwe ryby. Nie wynika to z działalności zawodowej, lub, nie daj Boże, dewiacji na tle seksualnym – po prostu, przejawiam najzwyczajniejsze w świcie zamiłowanie do absurdu. Jest coś urzekającego w zdjęciu pięcioletniej dziewczynki uśmiechającej się od ucha do ucha, która trzyma (małymi zakrwawionymi paluszkami) leszcza lub okonia za pokrywę skrzelową. Czy muszę dodawać do opisu wyłupiaste oczy ryby i piętrzący się nad nią zastęp much?

Mam już 126 tym podobnych zdjęć.

Mam także coraz większy kłopot z ich oglądaniem. Czasem odczuwam dziwny ból, tak jakby ktoś wsypał mi ostre, szklane wiórki pod powiekę. Zaciskam mocno oczy, z łatwością wypuszczając wielką kroplę łzy. Jest ciepła jak krew i jak krew zasycha, pozostawiając na twarzy szorstki ślad. Najwyraźniej wiek zaczyna dawać o sobie znać.

Nie jest tak, że nagle straciłem zapał do swoich dziwnych pasji. To bardziej wina lustra, w którym się przejrzałem, a które nazywa się „Szerzewski” Kiedy był u mnie ostatni raz, strasznie powłóczył nogami. Zaraz od progu pokazał mi swój nowy nabytek – smukłą, drewnianą laskę z metalowymi wykończeniami. „Cholera, a więc to prawda.” – pomyślałem – „zmierzamy na drugi brzeg”.

Szerzewski jest moim sąsiadem i amatorem astronomii. Trzyma na balkonie teleskop, i, gdy tylko niebo pozwala, gapi się godzinami w przestrzeń, nie bacząc na czas i aurę. Większość nazywa go piratem, ponieważ nosi czarną opaskę przysłaniającą oko. Kilka lat temu, jako świeżo upieczony emeryt z masą wolnego czasu, popełnił błąd nowicjusza i oślepł, obserwując słońce bez koniecznych do tego filtrów. Zarzeka się co prawda (gdy tylko poruszy się temat), że wszystko zrobił dobrze, samo zaś oko nie jest takie całkiem „ślepe”, coś tam widzi, ale jest to bardziej próba oszukania rzeczywistości, niż właściwa ocena sytuacji.

Tamtego wieczora Szerzewski przyniósł nalewkę domowej roboty (niestety, malinową). Rozsiedliśmy się na werandzie, słuchając mimowolnie śpiewu tropikalnych ptaków należących do Antoniuka. Antonikuk miał wystawione cztery duże klatki pełne papug i innego opierzonego dziadostwa, narażając słuch niemal wszystkich mieszkańców wsi. Antonikuk również miał ułomność, a nawet dwie – nie mówił i nie słyszał, należąc tym samym do establishmentu miejscowych dziwaków. Mimo to zawsze kiwał życzliwie głową na powitanie, niezależnie od sytuacji i pory dnia.

– Jakby przywiało jakąś ptasią grypę z Chin – zagaił Szerzewski – on by się powiesił. Daję 100 złotych, jak siedzę!
– Już nie wymyślaj, zakładać się o takie rzeczy – zaoponowałem. – Wieszać, niech się nie wiesza, ale grypa mogłaby przyjść, może przerzuciłby się na kury.
– Dobrze, że jesień za pasem, robi się chłodniej, przyjdą przymrozki, to pozamyka to wszystko w stodole…

Szerzewski zawahał się, jakby nie wiedząc, czy wypada w ogóle poruszyć temat.

– Wiesz, ludzie chcieli pisać petycję. Żeby sobie dał spokój, albo to poprzenosił na jakieś odludzie.
– Przecież on się utrzymuje z tych ptaków. Że niby gdzie ma przenosić? Najlepiej do lasu, albo od razu w ziemię. To całe jego życie.

Szerzewski zamilkł. Jakaś niewypowiedziana treść wyrysowała na jego czole głęboką bruzdę. Już miał coś mówić, ale słowa zgasły w ciężkim oddechu. Był typem intelektualnego długodystansowca. Potrafił przykuśtykać i nawiązać do rozmowy sprzed dwóch tygodni, trafnie ją puentując, albo też przedstawiając inny punkt myślenia. Zdawał się nieustannie myśleć nad każdym, nawet najdrobniejszym szczegółem życia. Było w tym coś chorobliwego, ale nie przekraczało społecznie akceptowalnych norm.

Moja z nim relacja oparta była na koleżeństwie i bezpośredniości, mimo że dzieliło nas blisko czterdzieści lat. Mógłbym być jego synem, bratankiem, kochankiem, służącym, a byłem jedynie sąsiadem otwartym na rozmowę, uwolnionym od piętna konwenansów, zamykających się w zwrotach „Pan” i „Pański”.

Mimo wszystkiego, co się wydarzyło, ciągle nie jestem pewien, czemu tak upodobał sobie moje towarzystwo. Żył sam, ale charakterystyczny ślad na palcu serdecznym zawsze mi sugerował, że mógł być kiedyś mężem. Nie wiedziałem wtedy nic więcej o jego życiu, nigdy nawet nie gościł mnie w domu. Byłem dlań towarzyszem tylko dla tematów teraźniejszych, z przeszłością nie zdradzał się nigdy.

Minęły dwa tygodnie, jak był u mnie po raz ostatni, i gadaliśmy o ptakach Antoniuka. Nie spotkałem go przez ten czas także na wsi, choć wcześniej nie było dnia, by nie przechadzał się między sklepem, przystankiem autobusu, wzdłuż szkolnego płotu, wieńcząc swoje podróże przy tablicy z ogłoszeniami.

Chwila wolnego czasu, umysł przetłoczony myślami, dojmująca samotność, wreszcie słoneczna pogoda – to wszystko razem wytworzyło impuls, który pchnął mnie do jego domu. Im bliżej byłem celu, tym większy odczuwałem lęk przed tym, co zastanę na miejscu. Kiedy byłem już prawie u celu i wymijałem dom Antoniuka, ten nagle wyszedł na ganek i, lekko zgarbiony (chował coś w dłoniach) wbił we mnie tępo wzrok.

Łypnąłem na dom Szerzewskiego i głośno zapytałem:
– Czy widział Pan sąsiada?
Zmrużył oczy, spojrzał w kierunku niskiego, nieotynkowanego domku pamiętającego obie wojny światowe, po czym westchnął, aż z jego gardła wyrwały się rwane dźwięki. Zrazu drgnął, spojrzał w swoje złożone dłonie i z wolna je rozwarł, ukazując mały dziób i kręcącą z zaciekawieniem, ptasią główkę. Stał tak dobrą chwilę, niczym zahipnotyzowany, ptak zaś wodził po świecie z otwartym dziobem, jakby zdziwiony tym, co widział. Ani on, ani Antoniuk nie zwrócili uwagi, jak odszedłem i zapukałem do Szerzewskiego.

Z braku odpowiedzi nacisnąłem na klamkę; drzwi zaskrzypiały i lekko się uchyliły, wyrzucając z wnętrza mrok i odór trawionej wódki.

– Józef? – rzuciłem w ten mrok, nie wiedząc, czy wyjdzie z niej jakakolwiek odpowiedź.

Czułem czyjąś obecność, więc ostrożnie ruszyłem przed siebie; jak się okazało, wszedłem do sieni, która była sercem tego domu z przylepionymi doń koncentrycznie pozostałymi izbami: kuchnią pełną pustych butelek, łazienką (takie drzwi mają tylko łazienki), wreszcie pokojem, na środku którego, oparty o tapczan, siedział Szerzewski.

– Józef… – powtórzyłem z drżącym głosem, bojąc się, że mówię do trupa.

Ale Józef drgnął i skierował ku mnie swoje jedyne oko.

Niewiele w nim było życia. Zmrużył je i odkaszlnął.

– Przepraszam… Trochę tu bałagan.

Wszedłem do jego pokoju, w którym najcenniejszym przedmiotem zdawał się być kineskopowy telewizor ELEMIS (od razu poznałem markę, sam taki wyrzucałem z domu moich rodziców przed kilku laty), i usiadłem na brzegu rozłożonej wersalki.

Zdecydowanie zbyt długo dzieliła nas krępująca cisza, ale kiedy w końcu Szerzewski postanowił coś powiedzieć, od razu rozpoczął długi monolog, pełen prostych zdań, pytań zadawanych samemu sobie, krótkich konstatacji ale też urwanych wniosków. Wszystkie jego myśli były w rozsypce, a on zdawał się zbierać ich części, niczym rozbitą porcelanę, ważyć w dłoniach i oglądać detale, po czym odrzucać i sięgać po kolejne, kalecząc sobie przy tym palce. Musiałem później ułożyć ten cały monolog do bardziej linearnej formy, by samemu lepiej go zrozumieć.

Mówił, że umarła mu żona. Nie zdradził, skąd się o tym dowiedział, ale kilka razy w potoku zdań robił przerwę i rzucał tylko „umarła, ona umarła”. Znał ją od technikum, i wcześnie wzięli ślub, nie mogli jednak doczekać się dzieci. Lata mijały, a oni coraz bardziej oddalali się od siebie z tej prostej przyczyny, że zwyczajnie nie przewidzieli tego, jak bardzo byli niedojrzali u zarania swej miłości, i jak bardzo dojrzałość zmieniła ich postawy i światopogląd. Był do niej przywiązany, jak pies do budy, a zarazem nie potrafił z nią rozmawiać, a każde zdanie przeczące przeradzało się w kłótnię. Kiedy miał „tyle co ty, Tomek”, tych swoich ledwie trzydzieści lat, porozumieli się co do tego, by po prostu od siebie odejść. Ona wyjechała gdzieś w nieznane, a on cieszył się spokojem i tą wolnością człowieka na powrót wprowadzonego do klubu samotników. „To nie było tak, że tego chciałem, ja się bałem że ją zabiję, ja nie mogłem jej chcieć znowu, ona nie mogła wrócić”. I powiedział raz, drugi, jak ją uderzył, jak przewróciła się na stół, jak uderzyła o ścianę, ten spokojny, miły, jowialny Józek, dokarmiający wszystkie wiejskie koty (nie raz żartowałem, że rekrutuje armię, by najechać Antoniuka) trzymał teraz przed sobą swoje zniszczone pracą dłonie, i mówił, jak były ciężkie. „To nie tak że ona była bez winy, ja nie raz nie mogłem spać przez jej słowa”. Ponoć niesprawiedliwe równała go do innych, zarzucała braki, których nie był w stanie nadrobić, oczekiwała od niego, by był lepszym człowiekiem, nie dając mu ku temu żadnej rady, żadnego wsparcia. Nienawidził jej z całego serca, a kiedy odeszła, uświadomił sobie, że nie potrafi zbudować innej relacji, że te piętnaście lat, które z nią spędził, to było apogeum jego zdolności do kochania, choć pojęcie „miłości” zatarło się w nim już dawno, zastąpione przywiązaniem i przyzwyczajeniem. Kiedy więc dobrowolnie zerwał z przyzwyczajeniem i przywiązaniem, uświadomił sobie, że nie wie, czym jest miłość, i że być może nigdy nie wiedział. „Gdzie to wszystko minęło, gdzie to wszystko minęło”, powtarzał, dziwiąc się temu, że jest niemal u progu śmierci, że życie bezpowrotnie minęło mu na krzątaniu się z miejsca na miejsce, na rąbaniu drzewa w pobliskim lesie, i malowaniu co rok płotu przed szkołą, w ramach dumnie dzierżonej funkcji woźnego.

Wyszedłem, rzucając mu jakieś zdawkowe słowa pocieszenia. Powietrze na zewnątrz było przyjemnie rześkie, wolne od słodkiej woni spirytusu. Ptaki Antoniuka świergoliły jakby melodyjniej, a wieś z wolna zatapiała się w promieniach zachodzącego, sierpniowego słońca.

Leży przede mną stos 126 powycinanych z gazet zdjęć z dziećmi trzymającymi powyławiane ryby. Ileż bezsensownych chwil zeszło na ich zbieranie li tylko z kaprysu, by mieć kolekcję dziwactw, i choć na chwilę odżegnać się od monotonnej codzienności. Mam poczucie skończoności, choć w teorii jeszcze tyle życia przede mną. Wydaje mi się, że on widzi we mnie siebie z przeszłości, że zachodzi tylko po to, by zobaczyć swój konterfekt ukryty gdzieś za rysami mojej twarzy, a wszelkie jego wizyty są dla niego pokrzepieniem, ponieważ nuda i bezsens mojego dnia nadają sensu jego własnemu nudnemu życiu, jako czemuś, co jest typowe i powtarzalne, od zarania dziejów tkwiące w losie człowieka. Zmieniają się tylko tła.

Może przeczytasz coś jeszcze?