„Megami Tensei Gaiden: Last Bible” (1992) | Recenzja

Gry Sacrum i Profanum

„Megami Tensei Gaiden: Last Bible”, na Zachodzie znana, jako „Revelations: The Demon Slayer”, to spin-off serii Shin Megam Tensei (kojarzonej głównie z innego spin-offu, czyli serii „Persona”); Nie mogę zaprzeczyć, że połączenie wyrazów „handheld” oraz „jRPG”, jest mi szczególnie bliskie, zarówno z perspektywy gracza, jak i kolekcjonera. Tym większe zainteresowanie budzą we mnie pionierskie próby przeniesienia japońskich RPG na małe ekraniki konsol; i choć „Last Bible” nie była pierwszym tego typu eksperymentem, a z perspektywy czasu nie jest uznawana, za produkcję wybitną, czas przy niej spędzony był raczej przyjemny, choć w wielu momentach była to przyjemność współdzielona z oglądaniem wydarzeń sportowych (grind, jako coś powtarzalnego, nie wymaga stałej atencji, podobnie jak, dajmy dla przykładu, skoki narciarskie, czy lekkoatletyka).

„Last Bible” jest do bólu klasyczne: mamy okazję zebrać drużynę, rozwijać jej statystyki poprzez liczne, losowe walki (prowadzone w systemie turowym), po drodze gromadzić ekwipunek, odblokowywać dostęp do kolejnych krain, by na samym końcu pokonać największe zło wirtualnego świata. Fabuła nie jest, niestety, niczym szczególnym, utrzymując poziom złożoności historii znany z pierwszego „Dragon Questa” lub „Final Fantasy”. Przedstawiony świat jest także bardziej przyjazny dla młodego odbiory, w szczególności w porównaniu do „Shin Megami Tensei” – akcja dzieje się w uniwersum zbliżonym do średniowiecza (w przeciwieństwie do współczesnej otoczki „Shin Megami Tensei”), zaś demony zastąpione zostały tu w całości potworami.

„Last Bible” wyróżnia się za to na tle pierwszego „Final Fantasy” czy „Dragon Questa” mechaniką rozgrywki – mimo, że jest ona oparta na tych samych, sprawdzonych schematach, to jednak wprowadza kilka nowych elementów na handheldowe podwórko (znanych z odsłon Megami Tensei na „duże” konsole).

Oto bowiem z każdym kolejnym poziomem naszej postaci możemy sami przyznać punkt rozwoju jej bazowych atrybutów, co nie było standardem dla gatunku; to jednak ledwie detal wobec możliwości przyciągania na swoją stronę potworów, z którymi walczymy, co następuje w pełni pokojowo, poprzez rozmowę; skojarzenia z grami serii „Pokemon” jak najbardziej na miejscu, mimo iż pierwsza gra z tego cyklu ujrzała światło dzienne w 1996 roku. Oczywiście, można model ten porównać także do „summonów” z „Final Fantasy”, ale nie jest to w pełni intuicyjne skojarzenie.

W powyższy sposób możemy naszą drużynę powiększyć aż do sześciu członków (trzech ludzi i trzy potwory), choć niestety jesteśmy ograniczeni w rozwoju naszych stworów, nie mogąc im podnosić co poziom statystyk lub przywdziewać na nich oręża. Ale możemy zrobić coś innego: połączyć dwie maszkary w jedną, tworząc jej silniejszą wersję (nie pytajcie mnie o względy moralne takich praktyk).

Poza powyższym, gra jest klasycznym przedstawicielem swoich czasów, choć jej przejście bez poradnika jest możliwe, bowiem wszelkie otrzymywane od bohaterów niezależnych komunikaty są jasne i czytelne, zaś mapa świata nie grzeszy rozległością. Grafika, jak przystało na pierwszego handhelda od Nintendo, jest ascetyczna, a powyższego nie poprawia „ubarwiona” edycja z 1999 roku; na plus muszę zaliczyć żółte kolory interfejsu użytkownika oraz to, jak dużo czytelnej treści udało się twórcom upchać na ekraniku mniejszym, niż dwa cale.

Byłbym zapomniał – „Last Bibile” ma zaskakująco dużo opcji ułatwiających graczowi życie, których przez długi czas brakowało u wymienionych już w tym tekście gigantów gatunku – mam tu na myśli opcję automatycznych walk (niebywale przyspiesza grind), jak również możliwość zapisu gry w dowolnym momencie (z perspektywy czasu to ostatnie może wydać się wręcz śmieszne, jednak przełom lat 80-tych i 90-tych nie był w tym względnie dobry dla graczy zapatrzonych w japońskie gry fabularne).

Na oddzielną wzmiankę zasługuje muzyka, zaskakująco melodyjna i wpadająca w ucho. To chyba najjaśniejszy element tej gry, jeżeli popatrzymy na aspekty czysto techniczne. A jeśli ocenimy ją przez pryzmat ścieżek dźwiękowych innych gier wydanych na klasycznego Game Boya, gotów byłbym stwierdzić, że muzyka z „Last Bible”, plasuje się w ścisłej czołówce najlepszych muzycznych aranżacji gier na ten system.

Mimo, iż poświęciłem na „Last Biblie” niewspółmierną do jej jakości i zawartości ilość czasu (około 15-20 godzin), było to ciekawe doświadczenie i pewna odskocznia od symultanicznie (i chronologicznie) ogrywanych przeze mnie „Fajnali” i „Dragonów”. Może nie od razu sięgnę po drugą część, ale ustawiam ją w kolejce „do ogrania”.


Ograno na: Game Boy Color (z modem IPS)

Plusy:
Wyśmienita muzyka,
łapanie i łączenie potworów to ciekawe mechaniki, wyprzedzające rozwiązania znane z bardziej popularnych gier,
nie tak trudna, jak inni przedstawiciele gatunku z tamtych lat,
kilka rozwiązań uprzyjemniających rozgrywkę, takich jak funkcja automatycznych bitew,
Minusy:
więcej grindu niż fabuły,
relatywnie mało ekwipunku i możliwości z nim związanych,
trzeba się raczej do niej zmuszać, a wciągać zaczyna dopiero bliżej końca zabawy.
6
Podsumowanie:
Jeden z ciekawszych, jeśli nie najciekawszy przykład jRPGa na pierwszego Game Boy'a, choć w 1992 roku w starciu z innymi tytułami z gatunku, w tym z "dużych" konsol, "Last Bible" był już produkcją archaiczną.

Może przeczytasz coś jeszcze?