„Kongres futurologiczny” – Stanisław Lem (1971) | Wrażenia

Książki Sacrum i Profanum

Leżąc wpółprzytomny na moim umiarkowanie wygodnym łóżku, mierząc się z niezbyt dużą temperaturą, tym namacalnym śladem po przeziębieniu, jakiego nabawiłem się prawdopodobnie wskutek niedbałego ubrania szalika, skończyłem wreszcie czytać rzecz nad wyraz krótką, mianowicie „Kongres futurologiczny” Stanisława Lema. Wiem, „znowu Lem”, aż pozwolę sobie napisać (nawiązując do różnych językowych opowiastek przedstawionych w „Kongresie”) – kolejna „lemoniada” z mojej strony.

Musze przyznać, że owa „lemoniada” była na początku w smaku słodko-kwaśna; oto bowiem narrator, niestrudzony Ijon Tichy, opisuje nad wyraz intensywnie pewien kongres dziejący się w fikcyjnej Costaricanie, który nagle przerwany jest przez atak „bembowy” – atak ten dzieli niejako narrację na dwie części – tę pierwszą, wyżej wspomnianą, napisaną brawurowo, wręcz szaleńczo, również nie bez typowej dla Lema profetycznej nuty (wątek strzelania do papieża, tak abstrakcyjny w 1971 roku), i tę drugą, już po bombardowaniu, w wyniku którego ulotnił się gaz wywołujący daleko posunięte halucynacje.

Właśnie te halucynacje stają się podstawą dla drugiej części opowieści, poprowadzonej w formie dzienników, zdecydowanie lepszej, choć niekiedy równie „gęstej” jeśli idzie skupienie się Lema na semantycznych zawiłościach świata przyszłości, co część pierwsza.

Styl opowieści snutych przez Tichiego charakteryzuje się relatywnie lekkim, wręcz zabawnym stylem opisu świata i zjawisk zgoła przerażających. Tak było w „Dziennikach Gwiazdowych”, tak jest w „Kongresie futurologicznym”. Wyobraźmy sobie bowiem świat, który jest jedynie sztucznie wytwarzaną powłoką pozwalającą zachować spokój społeczny; jeden wielki, niekończący się narkotyczny trans, w którym życie jest co prawda wpisane w realne zdarzenia i oddziaływania, ale zarazem jest ono zanurzone w sztucznym otoczeniu, przykrywającym tę prawdziwą, brudną i biedną rzeczywistość.

Nie ukrywam, że skojarzenia z „Matrixem” sióstr Wachowskich pojawiały się w mojej głowie co akapit, jednak o ile w „Matrixie” rzeczywisty świat jest tylko asumptem do podjęcia walki o jego wyzwolenie , o tyle w „Kongresie” dominuje znacznie większy fatalizm, na czele z pytaniami strice egzystencjalnymi: czy warto w imię dobra większości, tę większość okłamywać?

Stąd już o krok od wysnucia szerszej paraleli i nawiązania do naszych czasów, przesiąkniętych fake-newsami, albo informacjami tak ogólnymi, że wręcz zakłamanymi. Żyjemy bowiem w świcie bez miar strywializowanym przez media i rządy, w którym by dojrzeć prawdy, trzeba ją doświadczyć, a przecież proces doświadczania jest trudny, wiąże się z wysiłkiem. Kto lubi się wysilać, zwłaszcza tak nadprogramowo, ponad trud związany z pracą, rodziną, błahymi pasjami?

Jest w „Kongresie” motyw wiecznie dyszących ludzi, gdyż otumanieni używkami, nie pojmują, że poruszają się nie pojazdami, lecz siłą własnych nóg. Otwartym pozostaje pytanie, czy zdominowani przez wieści płynące z Internetu, „mądre” telefony i lodówki, odkurzacze o inteligencji kota i koty uwięzione przez naszą trywialną potrzebę przywiązania, sami nie wystawiamy się na podobny, ukryty wysiłek, równie destrukcyjny dla naszego ciała, jak ten będący udziałem mieszkańców Nowego Jorku końca XXI wieku, tak przerażająco odmalowanego na kartach „Kongresu”?

Nie sposób mi teraz odpowiedzieć na to pytanie, podobnie jak nie sposób jednoznacznie skategoryzować i ocenić „Kongres futurologiczny”. Obok scen i opisów absolutnie genialnych są męczące fragmenty, w których autor wręcz upaja się swoimi językowymi zabawami. Nie da się jednak zaprzeczyć, że sam koncept i jego wykonanie pod koniec powieści są czymś głęboko zapadającym w pamięć, kolejny raz zaświadczając o skali talentu Stanisława Lema.


Stanisław Lem, „Kongres futurologiczny” – Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

Może przeczytasz coś jeszcze?