„Meddle” – Pink Floyd (1971) | Recenzja

Muzyka Sacrum i Profanum

Przez wiele lat miałem duży problem z Floydami. Wszyscy naokoło mówili, jacy to oni nie wspaniali, ale nigdy nie potrafiłem się przekonać do ich stylu, który wydawał mi się po prostu nijaki. Cóż, widocznie do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, a owe dojrzewanie nie zawsze jest skorelowane z wiekiem. W moim przypadku muzykę Floydów zrozumiałem dopiero po osłuchaniu się z innymi gigantami rocka progresywnego, na czele z Yes, King Crimson czy Gentle Giant. Dopiero wtedy zaskoczyło, choć dla osiągnięcia tego efektu potrzebowałem wybitnego „Wish You Were Here” słuchanego w środku mroźnej, cichej, księżycowej nocy. Musiałem zatem wejść głębiej („Close to the Edge” od Yes, „Octopus” od Gentle Giant, kilka bardziej niszowych albumów zupełnie zapomnianych obecnie zespołów, o których z pewnością kiedyś tu napiszę) by dostrzec, że powierzchowność i nijakość Floydów, to moja poznawcza pomyłka. Skoro więc miałem z Floydami takie przygody, uznałem, że dobrze byłoby poświęcić im moją pierwszą recenzję albumu muzycznego (aż wstyd się do tego przyznać, po tylu latach pisania). Wybór padł ma „Meddle” z 1971 roku, ponieważ po kilkukrotnym się z nim osłuchaniu uznałem, że jest to wdzięczny materiał zarówno dla zachwytów, jak i krytyki, co niniejszym prezentuję.

Rozpoczynający „One of These Days” zaczyna się od szumu wiatru (wichury, zamieci śnieżnej), do którego po chwili dołączają basy Watersa i Gilmoura, i organy, a następnie gitara stalowa i perkusja – całość, złożona z powtarzających się pasaży, buduje ciekawy, hipnotyczny wręcz początek, choć najlepsze dopiero ma się zacząć – rozpoczynające się mniej więcej w połowie utworu partie odgrywane na basie (przywodzące na myśl ni to dźwięk śmigła, ni to dźwięk rodem z fabuł powieści sci-fi) kończy złowrogi, mroczny (bo celowo przekształcony) głos perkusisty grupy, Nicka Masona, i recytowany przez niego tekst: „One of these days, I’m going to cut you into little pieces” (jakby profetyczny dla przyszłych dokonań grupy z Cambridge, choć wedle legendy tekst wymierzony był w nieprzychylnego Floydom krytyka muzycznego, Jimmy’ego Younga). Zaraz po nim całość staje się bardziej dynamiczna i zróżnicowana, ale zachowując spójność z pierwszą częścią utworu, czego wyrazem jest zwieńczenie, pozostawiające słuchacza z dobrze już mu znanym szumem wiatru. Tym samym już od samego początku mamy do czynienia niemal zupełnie innym dziełem, niż wydane rok wcześniej „Atom Heart Mother” – bardziej kameralnym jeśli chodzi o instrumentarium (zrezygnowano z orkiestry i chórów), ale bez uszczerbku na różnorodności brzmień i efektów, przez co bliżej „One of These Days” do dokonań grupy sprzed „Atom Heart Mother”, ale w bardziej dojrzałej formie. Generalnie z tego powodu – owej dojrzałości stylu – „Meddie” traktowana jest jako przełom w twórczości Floydów i album, który pozwolił im wybić się na szczyt w progrockowym graniu. Nie oznacza to jednak, że „Meddie” jest arcydziełem, nie da się bowiem ukryć, że jest to płyta pełna kontrastów, z jednym dobrym utworem (opisanym wyżej), jednym wybitnym, dwoma zaledwie przyjemnymi i dwoma z zupełnie z innej bajki. Ale po kolei.

Następujący po „One of These Days”, „A Pillow of Winds”, mimo że znacznie bardziej rozbudowany tekstowo (i trzeba przyznać, że tekst ten jest liryczny i melancholijny, choć duża w tym zasługa wokalu Gilmoura) nie jest jednak aż tak zaskakujący, jak poprzedzający go utwór; w zasadzie to nad wyraz generyczny i nie wyróżniający się niczym szczególnym kawałek, może poza swoistym połączniem z „One of These Days” (utwór zaczyna się od tego samego szumu wiatru, ale w żadne sposób nie świadczy to o zaczynie pod album koncepcyjny). Nie ma w repertuarze Pink Floyd tak wielu spokojnych, akustycznych ballad (a tym bardziej ballad traktujących o miłości), a jeśli już nawet zebrać je w jeden zbiór, również i w jego ramach ciężko uznać „A Pillow of Winds”, jako wybitne osiągnięcie.

Kolejny na liście, „Fearless”, mimo że nie jest skomplikowaną kompozycją i raczej daleko mu do typowego progrockowego grania, ma w sobie na tyle muzycznego uroku i powabu, że nie sposób przejść obojętnie obok tego utworu – poczynając od wstawek z kibicowskich przyśpiewek legendarnego hymnu FC Liverpool („You Never Walk Alone” – którego tekst świetnie współgra z tekstem piosenki, mimo że jest to efekt złośliwości Watersa, prywatne fana Arsenalu), a kończąc na będącym osią utworu harmonijnym motywie przechodzenia w wyższe tony zwieńczone dźwiękiem z talerza perkusji. Bez wątpienia utwór ma swoją tożsamość, która jeszcze wyraźniej wybija się na tle przeciętnego „A Pillow of Winds”.

Kolejny utwór na stronie „A”, „San Tropez” jest właśnie pierwszym ze wspomnianych przeze mnie wyżej utworów z zupełnie innej bajki. Lekki muzycznie i tekstowo, będący w istocie pop-owym kawałkiem z nieśmiałymi naleciałościami jazzu (partie na pianinie w końcowej części) – tak jakby dodany dla żartu albo z potrzeby wypełniania long play’a. Wydatnie przyczynia się do tego, że „Meddle”, choć dobra w ogóle, w szczególe jest niespójna i nierówna (choć fani bardziej preferują określenie „zróżnicowana stylistycznie”).

Na stronie „A” jest jeszcze niepozorny, bluesowy (sic!) „Seamus”, czyli druga ze wspomnianych „innych bajek”, którą łatwo zapamiętać z uwagi na zawodzenie psa (rasy border collie, należącego do Stevena Marriotta). Nie jest to nic szczególnego i poza ciekawostkami wzmiankowanymi powyżej nie ma sensu dalej się w „Seamus” wsłuchiwać, ani poświęcać mu czasu (pisząc wprost – to jeden z najgorszych utworów Floydów w ogóle).

Gdyby ograniczyć się tylko do strony „A” „Meddie”, poza bardzo dobrym „One of These Days” i przyjemnym „Fearless” ciężko byłoby o jej dobrą ocenę – należałoby nawet raczej mówić o dużym kroku wstecz względem „Atom Heart Mother”. Ale mamy jeszcze stronę „B”, w całości wypełnioną tylko jednym utworem, ale za to jakim! Przed Państwem do cna progrockowy, ikoniczny dla zespołu i gatunku „Echoes”.

Nie sposób w tak syntetycznym tekście w pełni i dokładnie opisać, co dzieje się w tym ponad 23-minutowym utworze, który, jakkolwiek stanowi zlepek wielu pomysłów, i w którym można wyodrębnić trzy główne części, jest zadziwiająco spójny i przemyślany, w wielu momentach zwiastując wydany cztery lata później, wybitny „Wish You Were Here”. Od partii na pianinie, zniekształconych w stopniu przypominającym sonar na okrętach podwodnych, poprzez charakterystyczny, schodzący riff (prawdopodobnie „pożyczony” później przez Andrewa Lloyd Webbera w jego „Upiorze z Opery”), jak zawsze melodyjne głosy Gilmoura i Wrighta wyśpiewujące prosty, poetycki tekst złożony z zaledwie kilkunastu wersów, kończąc na odgłosach wiatru (czyżby nawiązanie do „One of These Days”?), dźwięków wielorybów (tym razem zniekształcono nie pianino, a gitarę), pogłos spadających ze stalaktytów kropel wody, na tle których rychło zaczyna wybrzmiewać w mojej ocenie najlepsza, gitarowo-klawiszowa sekwencja całości, zwieńczona końcową partią wokalną z powtórzonym a nadmienionym wyżej riffem. „Echoes” to absolutnie znakomite progrockowe granie, którego legenda wyszła ponad muzyczne ramy (wielu doszukuje się związków utworu z „2001: Odyseją Kosmiczną” Kubricka oraz z „Czarnoksiężnikiem z krainy Oz” z 1939 roku – o ile synchronizacja scen i melodii w przypadku tego drugiego filmu jest raczej przypadkowa, o tyle wątek z filmem Kubrica może być prawdziwy, mając na uwadze, że Floydzi w pewnym momencie pracowali nad utworem do „Odysei”).

Słowem wypada jeszcze wspomnieć o wydaniu nośnika. Osłuchiwałem „Meddle” ze 180 gramowej LP, uprzednio zremasterowanej i wznowionej w 2016 roku nakładem Pink Floyd Records. Gatefold wykonano więcej niż dobrze, oblekając charakterystyczną okładkę chropowatą folią, która nadaje całości lepszą trwałość i bardziej „szlachetny” charakter. Jakość wydruku jest bardzo dobra, a brzeg łatwo wyszukać w kolekcji innych płyt.

„Meddle” jest swoistym rozkrokiem między Floydami, jakich znaliśmy z poprzednich płyt, a ich kolejnymi dokonaniami; słychać dojrzałość w formie, ale też ukształtowanie stylu, który miał wybrzmiewać w większym lub mniejszym stopniu przez kolejne lata aktywności Floydów, nawet uwzględniając wydany dwa lata później „The Dark Side of the Moon”.

Plusy:
Fenomenalny "Echoes",
bardzo dobry "One of These Days",
przyjemny "Fearless",
Minusy:
nijaki "A Pillow of Winds",
zupełnie zbędne "San Tropez" i "Seamus", które na szczęście są zbyt krótkie, by znacząco wpłynąć na ocenę całości.
8
Podsumowanie:
"Meddle" to początek Floydów, jakich zna świat, choć jest to album nierówny: pojawia się na nim zarówno jeden z najgorszych utworów Pink Floyd ("Seamus"), jak również jedno z największych dokonań w historii rocka progresywnego ("Echoes").

Może przeczytasz coś jeszcze?